Wybaczcie zwłokę, ale po pierwsze faktycznie długo dochodziłem do siebie, a po drugie - w co może trudno uwierzyć, od jakiego czasu mam kłopoty z dostępem do internetu. Kochana ojczyzna powitała mnie w Warszawie olewczym stosunkiem zaprezentowanym przez pracowników firmy USC (goršdzo odradzam).
Co za do występu, to był R-E-W-E-L-A-C-Y-J-N-Y. Pierwszy raz miałem okazję wysłuchać koncertu w TAKIEJ sali. Pomijajšc jej walory estetyczne (i prawdopodobnie historyczne), ma ona niezwykłš akustykę. Parę tygodni temu mój znajomy z Londynu był tam na "Tosce". Oczywicie - żadnego nagłonienia. Według jego słów było wyranie słychać każdš nutę "wyprodukowanš" przez piewaków i orkiestrę, a nawet każdy brany oddech.
Przed MK występował Bap Kennedy. W odróżnieniu od trasy z 2006 roku tym razem miał drugiego gitarzystę. Obaj wypadli wietnie i dostali głone brawa.
W przerwie szef organizacji charytatywnej Starlight wspierajšcej dzieci chore na raka wygłosił wzruszajšcy spicz, podkrelajšc m.in. udział MK w dotowaniu tejże. Nie powiedział tego wprost, ale niewykluczone, że częć dochodów z koncertu została przeznaczona na rzecz Starlight. W ogóle każdy z szeciu koncertów w RAH był dedykowany jakiej organizacji charytatywnej.
rednia wieku w sali to jakie 40-45 lat. Młodzieży nie było w zasadzie w ogóle. Jak okiem sięgnšć tylko łysiny. Poczułem się nawet swojsko. ;-)
Kiedy panowie wreszcie wyszli na scenę, poczułem przyjemny dreszcz. Zaczęło się!
Publicznoć niemrawa, pomylałem. Oklaski gromkie, ale słuchajš na siedzšco. Zrozumiałem dlaczego, kiedy spostrzegłem, że w RAH nie ma miejsc stojšcych.
Nie oczekujcie ode mnie dokładnej setlisty. Nie robiłem notatek, a emocje nie pozwoliły zapamiętać szczegółowej kolejnoci utworów. Wypunktuję tylko najwspanialsze momenty.
"Why Aye Man" - wykop i przyjemna konkluzja: MK cišgle jest rockmanem.

"Hill Farmer's Blues" - pierwszy raz słyszane na żywo wgniotło mnie w fotel. Płyta TRD powinna była zostać nagrana jako album live!
"Sailing To Philadelphia" - nie przeglšdałem setlist z innych występów i nie spodziewałem się tej piosenki. Bardzo miła niespodzianka.
"Speedway At Nazareth" - czy muszę tłumaczyć? Najpiękniejsza dekoracja jaka kiedykolwiek towarzyszyła koncertom MK.
"Sultans Of Swing" - pierwsza żywiołowa reakcja publicznoci. Słuchacze zerwali się z krzeseł i długo dawali wyraz swoim emocjom. Ja już wtedy fruwałem pod kopułš sali.

"Marbletown" - poczštkowo pomylałem, że to najsłabszy punkt programu i jedyna piosenka, z której można byłoby ewentualnie zrezygnować. Jammowy finał diametralnie zmienił moje zdanie.
"Going Home" na do widzenia - słowo skauta, nie wierzyłem, że jeszcze kiedykolwiek w życiu usłyszę ten utwór na żywo. A tu proszę: dynamicznie, zespołowo, z energiš! Tak jak w oryginale. Bez saksofonu, ale nie czuło się jego braku.
Podsumowujšc: chyba najlepszy koncert MK, jaki widziałem. Podzielam wasze zachwyty nad Johnem McCuskerem. Był niesamowity! W ogóle cały zespół pracował niczym dobrze naoliwiona maszyna, w którš kto tchnšł wrażliwš duszę.
MK może sobie nagrywać następne smętne, ogniskowe piosenki; ale na koncertach daje upust swojej prawdziwej naturze - rockmana, który doskonale wie do czego służy gitara elektryczna. I za to go kocham.