17.08.2010, 16:28
Czytam wrażenia z ostatniej trasy GL, - bardzo ciekawie napisane, i postanowiłem też powspominać... Jeden z dwu koncertów przeżyłem w Luxemburgu. Mirek dzwoni – z wiadomością, że posiada wolny bilet. Miejsca nienumerowane, czyli stojące (czytaj: dawają możliwość znalezienia sią blisko sceny) pomagają w podjęciu decyzji na tak. Na drugi koncert wybieram się w sierpniu do Wurzburga (Open Air) –więc tym w Luksemburgu zabezpieczam się na wypadek braku tam pogody lub złej akustyki. Nieco spóźniony znajduję Mirka, zjadamy u niego smaczny obiad. Potem mój gospodarz zaczyna pakowanie całe mnóstwo różnych Markowych gadżetów, by zdobyć na nich jak najwięcej autografów, i padają imiona furomowiczów, (chyba wszystkich) którym zamierza je potem przesłać. Myślę sobie, jak rzeczywiście Mirek dorwie Marka, to koncert będzie miał chyba godzinne opóźnienie! Corollą (nie carerrą!) i jedziemy na zachód. Po drodze pytam o londyńskie koncerty: Mirek zafascynowany jest obecną formą Marka i zachywycony sympatyczną atmosferą panującą wśród fanów z kraju. Po dotarciu na miejsce, od razu udajemy się ”na tyły” którędy ma wjechać Knopfler. Rzeczywiście, wszystko przebiega zgodnie z planem, tyle, że manager Marka zgadza się przekazać mu od każdego tylko po jednej rzeczy do podpisu. Oddaję więc przygotowany brystol z przylepionymi biletami (zbieranymi od czasów DS do dziś, więc: z Frankfurtu, W-wy, Katowic , Pragi).I niebawem dostaję go z powrotem, wraz z ok 30cm wielkości autografem! Bezwzględność Mirka zabrania nawet filiżanki kawy i po zaniesieniu naszych trofeum na parking do samochodu, od razu dołączamy do grupy oczekującej przed salą. Budynek ma formę prostego sześcianu, jednak przed nim jakiś kombinat metalurgiczny przypominający do złudzenia chorzowską hutę. Nie z taką scenerią kojarzyło mi się to państwo... Dzięki pośpiechowi Mirka znajdujemy się chyba w drugim rzędzie, i z tych pozycji bierzemy udział w koncercie. Mam wrażenie, że stojąca, falująca publiczność ma wpływ na bardziej rokowe wykonanie poszczególnych utworów . Fajnie jest widzieć Marka i stwierdzić, że jego warsztat wokalno i instrumentalny pozostaje dalej tak perfekcyjny jak z przed dwoma laty. W Luksemburgu wydaje się być - na rzadko u niego widzianym - dużym luzie, widać że atmosfera w zespole jest doskonała. Nagłośnienie moim zdaniem -rerwelacyjne . Parominutowe sekwencje gitarowe przekazywane są przez kamerę tam zainstalowaną , lecz - tu mały minus – szkoda że trwa to tak krótko! Generalnie „stary” Mark gra w większości „stare” kawałki – ale tak, jak tylko on potrafi!....
Drugi koncert ma miejsce w Wurzburgu: miasto przygotowało się na przyjęcie gości, oferując parkingi, i co pół godziny autobus dowożący w pobliże miejsca koncertu. I mimo że na występ rozpoczynający się o godz. 20oo zaczynają wpuszczać już o 16, padający deszcz nie sprzyja wcześniejszemu zajmowaniu miejsc. Oczywiście i tu planuje przed koncertem „spotkać” Marka, lecz od paru fanów dowiaduję się, że przed koncertami open air zwykle nie uczestniczy on w próbie dzwięku. (inna wersja mówi, że muzycy jednak byli wcześniej, już około godz. 14, by zdążyć przed ulewą). Na szczęście około 19 niebo się wypogadza, i służby pomocnicze zaczynają ściągać folie przeciwdeszczowe z całego instrumentarium ustawionego na scenie, a po czerwonych koszulkach odnajduje nas Mirek - więc koncert może się już zacząć. Jak słusznie nazwał to Mirek panuje piknikowy nastrój, jednak Mark i zespół brzmią perfekcjnie, grają bez bez żadnej taryfy ulgowej. Zapadający wieczór i dobrze znane dzwięki gitary wpływają na nieco inny, może mniej rockowy, ale za to bardziej refleksyjny odbiór tego koncertu.
Gdy przebrzmiały ostatnie dźwięki gitary i zapaliły się światła oznaczające definitywny już brak bisu (ostatni „Piper” pozbawił nas złudzeń) i większość widzów skierowała się do domów lub licznych tu kawiarenek, okazało się, że moi koledzy mają ten sam pomysł.... uratowć od pójścia na makulaturę kolorowe plakaty z Markiem. Niestety, inni Niemcy też chcieli przyczynić się do „oczyszczenia” miasta a, że oni byli przed nami musieliśmy przejść kilka kilometrów, by zdobyć 80 cm długości kolorowego Marka, naklejonego na płycie z dykty. Ale udało się, i po kąpieli nazajutrz w wodzie plakat jest jak nowy, i wisi na ścianie obok czerwonej koszulki z napisem GET LUCKY 2010.
Drugi koncert ma miejsce w Wurzburgu: miasto przygotowało się na przyjęcie gości, oferując parkingi, i co pół godziny autobus dowożący w pobliże miejsca koncertu. I mimo że na występ rozpoczynający się o godz. 20oo zaczynają wpuszczać już o 16, padający deszcz nie sprzyja wcześniejszemu zajmowaniu miejsc. Oczywiście i tu planuje przed koncertem „spotkać” Marka, lecz od paru fanów dowiaduję się, że przed koncertami open air zwykle nie uczestniczy on w próbie dzwięku. (inna wersja mówi, że muzycy jednak byli wcześniej, już około godz. 14, by zdążyć przed ulewą). Na szczęście około 19 niebo się wypogadza, i służby pomocnicze zaczynają ściągać folie przeciwdeszczowe z całego instrumentarium ustawionego na scenie, a po czerwonych koszulkach odnajduje nas Mirek - więc koncert może się już zacząć. Jak słusznie nazwał to Mirek panuje piknikowy nastrój, jednak Mark i zespół brzmią perfekcjnie, grają bez bez żadnej taryfy ulgowej. Zapadający wieczór i dobrze znane dzwięki gitary wpływają na nieco inny, może mniej rockowy, ale za to bardziej refleksyjny odbiór tego koncertu.
Gdy przebrzmiały ostatnie dźwięki gitary i zapaliły się światła oznaczające definitywny już brak bisu (ostatni „Piper” pozbawił nas złudzeń) i większość widzów skierowała się do domów lub licznych tu kawiarenek, okazało się, że moi koledzy mają ten sam pomysł.... uratowć od pójścia na makulaturę kolorowe plakaty z Markiem. Niestety, inni Niemcy też chcieli przyczynić się do „oczyszczenia” miasta a, że oni byli przed nami musieliśmy przejść kilka kilometrów, by zdobyć 80 cm długości kolorowego Marka, naklejonego na płycie z dykty. Ale udało się, i po kąpieli nazajutrz w wodzie plakat jest jak nowy, i wisi na ścianie obok czerwonej koszulki z napisem GET LUCKY 2010.

