Ale za to jak się żegna - najlepszy koncert Marka od lat!
Na dobry początek why aye man z super partią saksofonu. Zaraz po tym kawałku Mark mówi, ze jest stary i to niestety jego ostatni koncert w Barcelonie...
Na pocieszenie było nobody does that, potem corn beef city. Do tego kawałka było normalnie, ale zaraz potem zaczęło się prawdziwe pożegnanie i same niespodzianki.
Na pierwszy ogień sailing to philadelphia znowu ze świetną partią na saksie.
No i największa petarda: once upon a time in the west - nie tylko gitara, z trąbką i całą resztą.
Następnie, dla odpoczynku, romeo and juliet, a po nim my bacon roll z krótkim solo marka i wspólnym odśpiewaniem refrenu z publiką!
Powrót do pożegnalnego nastroju z matchstick man z siedzącym już Markiem z kobzą, fletem - jest po prostu pięknie.
Do done with Bonaparte pojawili się wszyscy na przodzie sceny i zagrali akustycznie na wszystkim co mieli pod ręką.
Kolejna dygresja do pożegnania to wspomnienie Marka, że kiedyś marzył o tylko jednej gitarze a teraz jest otoczony gitarami... po czym zabrzmiało heart full of holes.
she’s gone jako wstęp do your latest trick - po prostu bajka
potem świetnie zagrany silvertown blues i na pierwsze dźwięki postcards from paraguay ląduję pod sceną
)
i zaczyna się prawdziwa uczta: on everly street, potem speedway at nazareth i telegraph road - uff
tu nastąpił niby koniec, ale nie trwało to długo - Guy w roli Stinga i money for nothing zagrane w starym stylu z super perkusją na cztery ręce
))
znów krótka przerwa i na koniec going home
prawdziwy koniec, niestety
do tej pory nie mogę uwierzyć: z 19 kawałków tylko 6 się powtórzyło w porównaniu do Krakowa 2015
jak na Marka to ewenement - teraz przyjdzie tylko poczekać czy dalej będą niespodzianki pokroju once upon a time...
Na dobry początek why aye man z super partią saksofonu. Zaraz po tym kawałku Mark mówi, ze jest stary i to niestety jego ostatni koncert w Barcelonie...
Na pocieszenie było nobody does that, potem corn beef city. Do tego kawałka było normalnie, ale zaraz potem zaczęło się prawdziwe pożegnanie i same niespodzianki.
Na pierwszy ogień sailing to philadelphia znowu ze świetną partią na saksie.
No i największa petarda: once upon a time in the west - nie tylko gitara, z trąbką i całą resztą.
Następnie, dla odpoczynku, romeo and juliet, a po nim my bacon roll z krótkim solo marka i wspólnym odśpiewaniem refrenu z publiką!
Powrót do pożegnalnego nastroju z matchstick man z siedzącym już Markiem z kobzą, fletem - jest po prostu pięknie.
Do done with Bonaparte pojawili się wszyscy na przodzie sceny i zagrali akustycznie na wszystkim co mieli pod ręką.
Kolejna dygresja do pożegnania to wspomnienie Marka, że kiedyś marzył o tylko jednej gitarze a teraz jest otoczony gitarami... po czym zabrzmiało heart full of holes.
she’s gone jako wstęp do your latest trick - po prostu bajka
potem świetnie zagrany silvertown blues i na pierwsze dźwięki postcards from paraguay ląduję pod sceną
)i zaczyna się prawdziwa uczta: on everly street, potem speedway at nazareth i telegraph road - uff
tu nastąpił niby koniec, ale nie trwało to długo - Guy w roli Stinga i money for nothing zagrane w starym stylu z super perkusją na cztery ręce
))znów krótka przerwa i na koniec going home
prawdziwy koniec, niestety
do tej pory nie mogę uwierzyć: z 19 kawałków tylko 6 się powtórzyło w porównaniu do Krakowa 2015
jak na Marka to ewenement - teraz przyjdzie tylko poczekać czy dalej będą niespodzianki pokroju once upon a time...

