04.06.2013, 18:33
Ostatni doleciałem do Londynu w dniu koncertu. Pierwszy za to wyjeżdżałem dlatego też łatwiej mi jako pierwszemu podzielić się z Wami radością z wyjazdu. Swoje przeżycia chciałem opisać zwięźle, a jednocześnie możliwie dokładnie. To pierwsze na pewno mi się nie udało, a co do szczegółów z pewnością Towarzysze Wyprawy dopowiedzą o wielu faktach, które mi umknęły.
Mam jednak nadzieję, że Ci spośród Was którzy prosili o obszerną relację nie będą czuli się zawiedzeni. Wszystkich, których nie przeraża długość tekstu i którzy nie boją się, że zanudzą się na śmierć przy czytaniu zapraszam do lektury.
31.05.2013 obudziłem się parę minut po 7 i, o dziwo, wcale nie czułem zmęczenia. Jakoś wcale nie doskwierało mi to, że przespałem zaledwie 5 godzin, towarzysząc do prawie 2 w nocy rozmowom przy stole podczas corocznego Zjazdu Rodzinnego. Myśli o tym co czeka na mnie wieczorem w Londynie dodawały energii nieporównywalnie większej niż podwójne espresso.
1,5 później byłem już w aucie pędząc 115 km na lotnisko do Szczecina. Pogoda przepiękna, a w odtwarzaczu, jak to zwykle, Alchemy – Dire Straits, od połowy trasy ustawiona na „repeat” podczas utworu „Going Home”.
Samolot startuje punktualnie o 12 i jako, że podobno samoloty linii Ryanair mają zapas tylko na dodatkowe parę minut lotu, niespecjalnie przejmuje się tym czy dotrę do Londynu na czas.
Nie pomyliłem się. Za to chyba pół godziny spędzam w kolejce do odprawy paszportowej. Ciekawe, że pan w okienku (z wyglądu rodowity Brytyjczyk) na moje „thank you” odpowiada z uśmiechem na twarzy „dziękuję” a na „goodbye” – „do widzenia”. Ciekawe czy nie, ale na pewno bardzo miłe.
Trasa liniami „National Express” do centrum mija bardzo sprawnie i w przyjemnych warunkach – klimatyzowany autobus. Stolica Wielkiej Brytanii wita przepiękną, słoneczną pogodą. Nie odmawiam sobie zatem 20 minutowego spaceru wzdłuż Hyde Parku do hostelu. Parę metrów przed miejscem naszego zakwaterowania spotykam wybudzonego przeze mnie 10 minut wcześniej z popołudniowej drzemki Maćka. Uśmiech na jego twarzy i wspólna radość z tego, że znowu udało nam się spotkać – bezcenne!
W pokoju na drugim piętrze spotykam Igora, Tomka, Karolinę, Anroma i Kasię. Witamy się równie serdecznie. Później załatwiam swój meldunek i trafiam do 16 osobowego… sąsiedniego pokoju.
Postanawiamy wyruszyć powoli przez Hyde Park do RAH i spotkać się jeszcze przed koncertem z zaprzyjaźnionym podczas ostatniego londyńskiego koncertu Francuzem Filipem i jego żoną.
Kilkanaście minut później docieramy na miejsce, spotykamy francuskich znajomych, którzy zostają obdarowani naszymi (czyt. raingodowymi) fan klubowymi koszulkami. Wybieramy się na krótki spacer w okolice RAH w poszukiwaniu pubu, w którym można by było w sympatycznej atmosferze spędzić ostatnie 1,5 godziny przed koncertem. Zapominamy w tym wszystkim, że należałoby spróbować szczęścia najpierw wewnątrz RAH. Tak też się w końcu dzieje. Wracamy pod RAH i nie czekając dłużej wchodzimy do środka tej jednej z najpiękniejszych sal koncertowych na świecie.
Czas do 19:30 (godziny rozpoczęcia koncertu) mija błyskawicznie, między innymi na nabyciu piwa (gdzie ku nie tylko mojemu zdziwieniu pani oblicza na kalkulatorze ile to jest 20 – 4,80) i późniejszym spacerze imponującymi korytarzami wewnątrz RAH, gdzie na ścianach wiszą oprawione zdjęcia największych światowych gwiazd grających wcześniej w tym miejscu swoje koncerty. Wyszliśmy też na chwilę na zewnątrz żeby nacieszyć się jeszcze przez chwilę pięknym popołudniowym słońcem i przy tej okazji mieliśmy możliwość zauważyć przechodzącego, a właściwie przebiegającego koło nas Johna McCuskera.
Parę minut po 19 docieramy na swoje miejsca w 25 rzędzie, pod koniec płyty. Wnętrze RAH, chociaż oglądane już drugi raz w życiu robi tak samo piorunujące wrażenie jak za pierwszym. Po raz kolejny mam świadomość tego, że znajduję się w jednej z najpiękniejszych sal koncertowych świata, a świadomość, że na jej scenie już za chwilę będę oglądał MK wprawia mnie w euforię. Robimy sobie wspólnie kilka pamiątkowych zdjęć, w różnych „konfiguracjach” pod samą sceną i spotykamy sympatycznego Kanadyjczyka, który jak w Łodzi poinformował mnie Maciek, jest na każdym koncercie MK podczas każdej trasy. Ów Kanadyjczyk w czasie rozmowy stwierdza, że koncerty w RAH są jego zdaniem najlepsze. Cóż, jeśli wierzyć Maćkowi, to facet jak mało kto wie co mówi.
RAH nie jest jeszcze wypełniona do ostatniego miejsca kiedy przygasają światła a na scenie pojawia się z Ruth Moody – skromna, sympatycznie wyglądająca dziewczyna, która ze swoim równie skromnym zespołem przez ponad 40 minut występuje w charakterze supportu śpiewając bardzo miłe dla ucha melodie, które jednak na dłuższą metę zaczynają na mnie działając usypiająco. Rozbudziłem się jednak kiedy zaśpiewała cover Bruce`a Springsteena – Dancing in the Dark. Nie to jest jednak najważniejsze. Najistotniejsze jest to, że dźwięk wewnątrz RAH wprawia w zachwyt. Jest w mojej ocenie absolutnie doskonały.
Koncert RM kończy się po ok. 45 min. po czym następuje 30 min. przerwa, którą pożytkuje na znalezienie czegoś do jedzenia. Udaje się w końcu w jednym z wielu miejsc dopaść absolutnie niezbędną do przeżycia kolejnych godzin, zakupioną za ciężkie pieniądze kanapkę z łososiem. Według tego co zostało mi wcześniej powiedziane za jakieś 5-7 min. powinien się rozpocząć koncert MK, zatem wracam pośpiesznie na miejsce, siadam i wspólnie z całą zgromadzoną publicznością słucham jeszcze krótkiej i wzruszającej, bo opowiedzianej prosto i szczerze historii młodego człowieka, który wygrał walkę z rakiem. Kilkadziesiąt sekund później na scenie pojawia się ubrany w marynarkę w barwach flagi Union Jack Paul Crockford i zapowiada Marka Knopflera. Przy ogromnym aplauzie tym razem wypełnionej już po brzegi RAH dobiegają do moich uszu wyraźne i bardzo głośne dźwięki „What It Is”. Świetne wykonane, z wyjątkowo czysto, pięknie i momentami aż za głośno brzmiącą gitarą MK. Następne utwory wydają się być dziwnie znajome. I tak mamy Corned Beef City, Privateering zagrane kapitalnie, tylko utwierdzające w przekonaniu, że koncertowo, przynajmniej jak dla mnie wypada lepiej niż na albumie. A dalej Father And Son będące popisem Mike`a McGoldricka, za co zostaje zresztą nagrodzony gromkimi brawami i następnie delikatne przejście do Hills Farmer`s Blues.
Przed kolejnym utworem na scenę zostaje zaproszona Ruth i wspólnie z Knopflerem wykonuje kolejno I Dug Up a Diamond oraz Seattle. Obydwa będące bardzo miłym akcentem, jako że zabrakło ich na łódzkim koncercie. No i nie da się ukryć, że piękny, delikatny głos Ruth tylko dodał im uroku. Początek I Used To Could, tak bardzo przypominał mi „Two Young Lovers” z Alchemii, a obecność zapowiedzianego przed tym utworem Nigela Hitchcocka sprawiła, że byłem niemal przekonany, że rozpoczynający się utwór to pierwszy z drugiej płyty Alchemy a nie ten z najnowszej płyty. Następnie moje ukochane Romeo & Juliet wykonane perfekcyjnie i niezwykle poruszająco, z pięknie wkomponowującym się w całość saksofonem. Długo nie miały końca brawa po jego zakończeniu. Miałem wrażenie, jakby sprawiło to, że MK na moment cofnął się myślami 30 lat wstecz, bo energia z jaką zagrali Sułtanów Swingu wprawiła mnie i większą część publiczności w euforię. Dali czadu i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że Sułtani będą jeszcze grani z taką energią.Tak czy inaczej owacje na stojąco trwały bardzo długo. Jakże odmienny klimat cały zespół stworzył przy kolejnym wzruszającym Haul Away. Równie efektownie jak w Łodzi zabrzmiały Pocztówki z Paragwaju, na początku których MK przedstawił swój, nie da się ukryć, znakomity zespół.
Zresztą wszyscy dali temu wyraz w kolejno zagranych Marbletown i Speedway At Nazareth. Niesamowite jest to jak doskonale słychać wydawać by się mogło, że niemożliwe już do cichszego zagrania skrzypce McCuskera i kontrabas Worfa. W całej RAH cisza jak makiem zasiał. Wszyscy w skupieniu podziwiają popisy całego zespołu. Speedway At Nazareth – koncertowy klasyk z solowego dorobku MK z jak zwykle powalającym na kolana zakończeniem.
Nie wiem co można powiedzieć o zagranym na koniec podstawowego „setu” „Telegraph Road” poza tym, że coraz ciężej jest mi sobie wyobrazić koncert MK bez niego. Nawet gdyby był dwa razy dłuższy i tak by mi się nie znudził. Moim zdaniem jest nim zawarte wszystko co najpiękniejsze z czasów Dire Straits. Rozbrzmiewają ostatnie dźwięki porywającej finalnej końcówki. Publiczność szaleje. Brawa nie mają końca. Jestem w swoim własnym pięknym świecie, zupełnie jakby poza świadomością chłonąc całym sobą atmosferę muzycznej uczty w RAH. Z tego błogiego stanu wybudza mnie dopiero siedzący po mojej prawej stronie Tomek, który krzyczy nagle: „Maciek biegnie!!!”. Idiotyzmem byłoby pytanie w tej sytuacji gdzie biegnie i po co. Na zasadzie „odruchu bezwarunkowego” rzuciłem się w pościg za Maćkiem „tratując” przy tej okazji kolejno Anroma, Kasię i Igora – przepraszam Was za to Moi Drodzy. Za mną ruszyli Herr Zaborowski i Karolina. Dopadliśmy do lewego brzegu sceny. Na prawo było podejrzanie luźno. Tomek nie musiał długo mnie namawiać żebyśmy przesunęli się jeszcze może 2-3 metry w prawo, w stronę środka sceny. Dopiero teraz jest okazja żeby spojrzeć spokojnie na scenę. Cały zespół z MK na czele dosłownie na wyciągnięcie ręki. Odległość do mikrofonu, w centralnym punkcie sceny ok.1,5 – 2m. Mógłbym w tym miejscu próbować zacząć opisywać uczucie radości i niezdrowego podniecenia jakie wtedy mi towarzyszyło, ale nie miałoby to najmniejszego sensu. Jak mówiła swojego czasu jedna z reklam: „są rzeczy, których nie można opisać słowami”. Mi po raz kolejny taka się przytrafiła. Powtórka z rozrywki z Wrocławia. Tylko, że bis różnił się od wrocławskiego.
Na dzień dobry całkiem znajomo - So far Away. Staram się zrobić jak największy pożytek z tego, że jestem tak blisko sceny i mam w rękach aparat. Atmosfera pod sceną niesamowita. Wspaniale jest móc oglądać tak bardzo szczęśliwe twarze i uśmiechających się do siebie ludzi, śpiewających z MK tekst utworu od początku do końca. Po zakończeniu So Far Away stojący za mną facet poklepuje mnie po ramieniu, pyta czy mówię po angielsku, po czym wręczając wizytówkę wyjaśnia, że prosi mnie o przesłanie paru zdjęć z koncertu, na który przyleciał specjalnie… ze Stanów.
Parę sekund później słyszę już delikatny wstęp do Our Shangri-La. Wewnątrz Royal Albert Hall panuje tak wspaniała atmosfera, a to co widzę przed samą jest tak wspaniałe i nadal mało realne, że jakoś nie mam nawet czasu, żeby pozwolić dotrzeć do mnie myślom, że po raz pierwszy w życiu nie usłyszę na koncercie MK „Brothers In Arms”. Z perspektywy czasu myślę, że wcale mi to nie przeszkodziło. Pewnie co innego bym myślał, gdyby miał to być mój pierwszy i na pewno ostatni koncert MK.
Na twarzy MK nadzwyczaj często maluje się uśmiech, ale widać też ogromne zmęczenie. Po „Shangri- La” na scenie ponownie pojawia się Nigel Hitchcock i już jestem pewny, że moje marzenie się spełni. John McCusker rozpoczyna delikatnie na flecie, a później w rolach głównych już tylko czerwona gitara Marka Knopflera i złoty saksofon Nigela Hitchcocka. 2-3 sekundy zajmuje mi przełamanie się i podjęcie decyzji o złamaniu zakazu dotyczącego nagrywania koncertów. Zachęcony przez przynajmniej kilka - kilkanaście osób nagrywających od początku całe bisy uwieczniłem film, który od momentu powrotu do domu obejrzałem już ponad 200 razy.
Duch Alchemii unosił się w powietrzu. Słowa nie opiszą tego co działo się ze mną i wewnątrz RAH. Możliwe, że w jakiejś niewielkiej części uda się to filmowi, który nagrałem. Podkreślam „niewielkiej” bo poziom emocji jakie towarzyszyły ostatnim minutom koncertu, przekraczał wszelkie granice.
Zmęczenie na twarzy MK jakby się pogłębiło, ale równie duża była jego radość po ostatnich dźwiękach koncertu. Widać, że czuje się tutaj dobrze. Gra u siebie. Paru osobom z prawej strony sceny podał rękę – jednak zaciekle walczący o autograf młody człowiek nie odniósł tym razem sukcesu. W końcu zespół znika za sceną, zapalają się światła, a my w czwórkę z Maćkiem, Karoliną i Tomkiem spoglądamy na siebie i niepotrzebne są jakiekolwiek słowa. Wszyscy już wiemy, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, że ten piękny sen w końcu się wyśnił, a to co przeżyliśmy pozostanie już na zawsze nasze…
Wracamy na swoje miejsca i podejmujemy wszyscy wspólnie decyzję, że należałoby uczcić ten niesamowity wieczór w pubie w podziemiach RAH. Udajemy się tam całą naszą ekipą oraz Filipem i jego żoną. Dopiero teraz można na spokojnie wymienić wrażenia z koncertu. Nie zaskoczę pewnie specjalnie nikogo jeśli napiszę, że były entuzjastyczne. Każdy z nas na pewno gdzieś po cichu zazdrości Filipowi, który podczas trasy „On Every Street” był na koncercie Dire Straits w Koloseum w Nimes.
Intrygujące przez cały czas naszych pokoncertowych pogaduch wydają się drzwi pod którymi stoi czarnoskóry ochroniarz, a za którymi odbywa się impreza dla VIPów. Kto tam jest? A może inaczej – czy jest tam albo kiedy będzie MK? Pytania zadawane sobie przez każdego z nas pozostają jednak póki co bez odpowiedzi. Wychodzimy na zewnątrz, żegnamy się z Filipem i jego żoną, którzy następnego dnia rano wyruszają w drogę powrotną do Francji. Robimy sobie ostatnie pamiątkowe zdjęcia pod imponująco prezentującą się w nocy RAH. Młody Anglik który robi nam zdjęcie ryzykując życie (czyt. wychodząc z aparatem na środek drogi) pyta po udanej sesji fotograficznej, że jeśli chcemy to on i jego kumpel dadzą nam swoje naklejki uprawniające do wejścia na vipowską imprezę. Zapytany przeze mnie czy warto i kto ciekawy tam jest odpowiada, że jeszcze przed chwilą widział tam MK.
Nie potrzebuję większej zachęty. Bez względu na to jak bardzo irracjonalne wydają się szansę dostania się za drzwi strzeżone przez dobrze zbudowanego Afroamerykanina wiem, że nie daruję sobie jeśli przynajmniej nie spróbuję. Porywam łapczywie obydwie naklejki, jedną dla siebie drugą dla Igora. Rusza z nami również Karolina. Nie wiem jak bardzo naiwnym trzeba było być żeby wierzyć, że uda nam się dostać do środka. Bariera z czarnoskórego ochroniarza okazała się nie do sforsowania. Moja rozmowa z nim wyglądała mniej więcej tak, że on mówi do mnie: skąd mam naklejki i czy myślę sobie, że on jest naprawdę taki głupi, że nie pamięta, jak oglądał nas przez ponad godzinę po drugiej stronie korytarza i dodatkowo, że on dobrze wie kto powinien być na imprezie dla Vipów.
Ja z kolei tłumaczyłem się niewiedzą i pewnie nieświadomym wprowadzeniem w błąd przez znajomych od których mamy naklejki, że są one „na okaziciela”. Idiotyczne tłumaczenie ale nawet w pewien sposób zadziałało, bo na koniec rozmowy to ów ochroniarz zaczął przepraszać mnie, za podejrzenia wobec nas, że my świadomie i z pełną premedytacją chcieliśmy się na krzywy ryj wcisnąć za drzwi dla Vipów. Bez odpowiedzi pozostaje niestety tylko pytanie czy faktycznie był tam Mark Knopfler czy też nie. Za to jeśli dobrze pamiętam od Karoliny usłyszałem, że przez uchylone drzwi dostrzegła Glenna Worfa…
Droga powrotna do hotelu zajęła sporo czasu, bo ogromny Hyde Park charakteryzuje się tym, że jest zamykany po godzinie 22, ale w żaden sposób nie pogorszyło to nikomu nastroju…
Umawiamy się, że następnego dnia po 9 wyruszymy na wycieczkę po Londynie śladami DS i MK.
Przy recepcji spotykamy ok. 10 osobową grupę Niemców. Pech chciał, że 15 min później kiedy wydawało się, że już udało mi się zasnąć cała grupa wtacza się przez drzwi pok. 74…
Następnego dnia otworzyłem o poranku oczy i już wiedziałem, że mój plan żeby przed wspólną wycieczką wyruszyć samotnie na najsłynniejsze na świecie przejście dla pieszych na Abeby Road wziął w łeb. Nie myliłem się. Na zegarku prawie 8. Okazało się także, że poza Niemcami jednym z moich współlokatorów jest też „żółty Slash” czyli sobowtór legendarnego gitarzysty Guns N Ross, tylko, że o wyjątkowo wyraźnych, azjatyckich rysach twarzy.
Po skromnym śniadaniu i porannej kawie wyruszyliśmy na wyprawę śladami DS i MK.
Pierwszym celem była malownicza podróż kolejką DLR przez biznesowe centrum Londynu do przystanku Deptford Bridge, a atrakcją, którą mieliśmy podziwiać jako pierwszą pub o nazwie Swan, w którego kącie wiele lat temu Mark Knopfler obserwował zespół o nazwie Sultans of Swing i postanowił niedługo później napisać o tym piosenkę. Kto wie czy to paradoksalnie nie był to kluczowy moment, który wpłynął na całą późniejszą karierę Dire Straits? Okazuje się jednak, że albo budynku, w którym znajdował się pub już niestety nie ma, albo całą naszą siódemkę zawiódł wzrok i nikt nie zauważył bardzo charakterystycznej budowli.
Jednak nie zrażając się pierwszym niepowodzeniem wyruszamy w stronę Farrer House. Po drodze, dzięki trzeźwości umysłu Anroma i Maćka udaje nam się nie przeoczyć jeszcze jednej atrakcji jaką jest ogromny żaglowiec o nazwie Cutty Sark, i o którym jest mowa w utworze Single Handed Sailor. Warto zaznaczyć, że od samego początku mamy wielkie szczęście do pogody. Świeci piękne słońce, powiewa delikatny wiaterek, temp. ok. 20 stopni – idealne warunki do spacerowania.
W takich to właśnie okolicznościach przyrody docieramy pod Farrer House i urządzamy najdłuższą w czasie całej wyprawy sesję fotograficzną.
W drodze powrotnej do stacji metra wstępujemy na chwilę do pubu, który wyglądem i wystrojem wnętrza do złudzenia przypomina lata 70-te. Nie obyło się bez Guinnesa i miseczki z ogromną ilością frytek.
Kolejny etap podróży to przejazd metrem na zachód Londynu do stacji Hammersmith, a stamtąd przejście już zaledwie 50m. pod salę, gdzie dokładnie 30 lat temu został nagrany legendarny koncertowy album Dire Straits – „Alchemy”. Pod Hammersmith Odeon. Dla mnie miejsca wyjątkowego, tak samo jak wyjątkowy jest dla mnie album „Alchemy”. Jak zawsze podkreślam pierwszy jaki w życiu usłyszałem i do dziś dzień ulubiony. Podświadomie rozglądam się za przytuloną do siebie parą przy jednym z wejść, a przejście po pasach pod estakadą przywołuje w pamięci mknące po niej samochody widoczne podczas najazdu kamery na Hammersmith Odeon na początku finałowego „Going Home” – tak samo wspaniałego jak to, które słyszałem dzień wcześniej.
Los funduje nam niezaplanowaną atrakcję w postaci przejazdu czerwonym, piętrowym autobusem, działającym w zastępstwie metra na zamkniętym odcinku jego trasy. Trasy, która prowadzi do przystanku Stamford Bridge, a stamtąd już tylko 10 min. na piechotę do… 20 British Groove Studios.
Nie spotkaliśmy niestety MK, pomimo dziecinnej wiary, pewnie u każdego z nas, że wszystko w życiu jest możliwe. Studio nagraniowe położone w bardzo sympatycznej, spokojnej części Londynu było ostatnim punktem programu, który wspólnie odwiedziliśmy. Po powrocie tym samym autobusem piętrowym (oczywiście w pierwszym rzędzie na górze) do przystanku Hammersmith, odłączyłem się od grupy i pojechałem w kierunku dworca King`s Cross – spotkać się z serdeczną znajomą. Maciek, Igor, Tomek und Karolina oraz Anrom i Kasia pojechali do hostelu, z zamiarem przygotowania się do wieczornego ataku na bilety na jeszcze jeden, tym razem już ostatni, z cyklu sześciu koncertów Marka Knopflera w Royal Albert Hall.
Spędzam bardzo sympatyczne popołudniu na dachu pubu niedaleko King`s Cross (tj. dach budynku, w którym jest pub został przerobiony na taras dla gości). Wracając powoli w kierunku domu dostaje od Tomka sms, że udało im się zdobyć bilety za symboliczne pieniądze i On, Karolina, Maciek i Igor są w RAH. Ja robię to czego nie udało mi się zrobić rano, czyli jadę na Abbey Road.
Fascynujące jest to, że od czasu wydania albumu o tym samym tytule minęło ponad 40 lat, a dzięki zamontowanej na ogrodzeniu legendarnego studia nagraniowego kamerze, praktycznie codziennie, o każdej porze dnia, można obserwować ludzi, którzy przychodzą tam zrobić sobie zdjęcie na pasach.
Robi się już coraz później więc decyduję się pojechać pod RAH zahaczając po drodze o hostel. Okazuje się, że nie zdążę już przed 22 przedostać się przez Hyde Park na drugą stronę, także nie pozostaje mi nic innego jak okrężną drogą doczłapać pod RAH. Docieram tam przed 22:30. Wystarczająco wcześnie żeby zmarznąć do momentu spotkania z Naszymi po koncercie tj. ok. 23:15. Gdzieś koło 23 schowałem się już w środku RAH. Parę minut później widzę już na schodach rozentuzjazmowane twarze Maćka i Tomka. Po chwili dociera do nas Igor. Znajduje się też Karolina, która przynosi newsa, że MK będzie wychodził wyjściem nr 1. Nie ma zatem innej opcji, jak tylko podejść i przekonać się samemu na ile są to wiarygodne informacje. A wyglądają bardzo wiarygodnie. Przed wyjściem stoi ok. 50 osób z aparatami, okładkami płyt, biletami itp., a przy chodniku zaparkowane 2 potężne, czarne Range Rovery i jeden srebrny Mercedes Vito. Czekamy. Ze środka co jakiś czas wychodzą ludzie, jednak żaden z nich nie przypomina nikogo z członków zespołu ani tym bardziej samego MK. Po kilkunastu minutach oczekiwania przez drzwi z szybkością błyskawicy przebiega Ian Thomas, rozlegają się brawa, on jednak znika za samochodami i ślad po nim ginie. Czekamy i długo, długo nic. Znowu tylko zupełnie nikomu nieznane osoby opuszczają oblegane drzwi. Kilka spośród nich wsiada do Range Roverów, a te odjeżdżają i wracają za jakiś czas. Mija prawie godzina. Wychodzi w końcu Jim Cox witany również brawami, podpisuje szybko jeden autograf osobie stojącej najbliżej Range Rovera, po czy wsiada do środka, zamyka drzwi i znika na ulicach Londynu. Karolina dopytuje kierowcę Mercedesa o MK i zostaje zapewniona, że będzie on na pewno wychodził tymi drzwiami – niewiadomo tylko kiedy. Ja natomiast jestem już pewny, że jestem chory. Cały przemarznięty, przemęczony i ze świadomością, że mój samolot odlatuje za niewiele ponad 5 godzin opuszczam RAH. Razem ze mną idą Maciek i Igor. Żegnamy się z Karolina i Tomkiem życząc im aby ich determinacja została należycie wynagrodzona. Jaki był finał całej historii najlepiej niech sami opowiedzą. Nie chcę im odbierać tej przyjemności.
Docieramy w trójkę do hostelu, gdzie szybko pakuję plecak i ruszam w drogę na lotnisko. Jakieś pół godziny później „kwitnę” już na przystanku przy Portman Street w oczekiwaniu na autobus. Przy okazji obserwuję kamienicę po drugiej stronie ulicy, gdzie trwa domowa impreza. Przed wejściem stoją zaparkowane 3 czarne E-klasy, rozwożące do domów co parę minut panów w powiedzmy średnim wieku z coraz to młodszymi i bardziej atrakcyjnymi partnerkami. W końcu przyjeżdża upragniony autobus. I całe szczęście bo ból gardła jest już nie do zniesienia.
1,5 godziny później jestem już na lotnisku przypominającym jedną wielką noclegownię. Znajduje w końcu miejsce siedzące w kawiarni zamawiając największą z możliwych kaw. Przy odprawie jestem obmacywany jak najgorszy terrorysta ale w końcu bez większych problemów docieram do strefy wolnocłowej. Udaje mi się kupić ulubioną wodę toaletową (50ml) o UWAGA – 100pln taniej niż w Polsce. Przez moment zastanawiam się czy nie kupić za 9 funtów losu na loterię, w której główną nagrodą jest Aston Martin. W końcu jednak rezygnuję marząc sobie po cichu, że może jeszcze kiedyś przyjdzie taki czas, że sam zarobię na taki samochód.
Za niecałe 2h jestem już na lotnisku w Szczecinie, gdzie o ironio leje jak z cebra. Warto pamiętać, że przez całe pobyt w Londynie nie spadła na mnie ani jedna kropla deszczu. Kolejne 1,5h później docieram z powrotem do Rodziny. I chociaż po nieprzespanej całej nocy ledwo „kontaktuję” z radością opowiadam każdemu „jak było”. Po obiedzie wyruszam z Rodzicami do domu, gdzie docieram po 41 godzinach bez snu. Nie mam zupełnie na nic sił. Pomimo stanu skrajnego wyczerpania i męczącej nadal choroby wiem, że nie zasnę dopóki nie podłączę aparatu do telewizora i nie zobaczę efektu zarejestrowanego „Going Home”.
Oglądając 5 minutowy klip dopiero zaczyna docierać do mnie, że wszystko musiało wydarzyć się naprawdę. Przekonuję się jak wielkim jestem szczęściarzem, że miałem szansę przeżyć coś tak wspaniałego i że wyjazd wart był każdej wydanej złotówki i funta oraz wielu innych wyrzeczeń. Z trudem docieram do łóżka nucąc sobie cały czas w myślach melodię z filmu „Local Hero”. Tak kończy się jedna z najpiękniejszych przygód mojego życia…
P.S. Dziękuję Karolinie, Kasi, Anromowi, Tomkowi, Igorowi i Maćkowi za wspólne przeżywanie tych wspaniałych chwil, a Wam Drodzy Czytelnicy, dziękuję za wszystkie miłe sms-y i za możliwość dzielenia się z Wami radością.
Wieczorem obiecuję podać linki do zdjęć i klipu „Going Home”
W.
Mam jednak nadzieję, że Ci spośród Was którzy prosili o obszerną relację nie będą czuli się zawiedzeni. Wszystkich, których nie przeraża długość tekstu i którzy nie boją się, że zanudzą się na śmierć przy czytaniu zapraszam do lektury.
31.05.2013 obudziłem się parę minut po 7 i, o dziwo, wcale nie czułem zmęczenia. Jakoś wcale nie doskwierało mi to, że przespałem zaledwie 5 godzin, towarzysząc do prawie 2 w nocy rozmowom przy stole podczas corocznego Zjazdu Rodzinnego. Myśli o tym co czeka na mnie wieczorem w Londynie dodawały energii nieporównywalnie większej niż podwójne espresso.
1,5 później byłem już w aucie pędząc 115 km na lotnisko do Szczecina. Pogoda przepiękna, a w odtwarzaczu, jak to zwykle, Alchemy – Dire Straits, od połowy trasy ustawiona na „repeat” podczas utworu „Going Home”.
Samolot startuje punktualnie o 12 i jako, że podobno samoloty linii Ryanair mają zapas tylko na dodatkowe parę minut lotu, niespecjalnie przejmuje się tym czy dotrę do Londynu na czas.
Nie pomyliłem się. Za to chyba pół godziny spędzam w kolejce do odprawy paszportowej. Ciekawe, że pan w okienku (z wyglądu rodowity Brytyjczyk) na moje „thank you” odpowiada z uśmiechem na twarzy „dziękuję” a na „goodbye” – „do widzenia”. Ciekawe czy nie, ale na pewno bardzo miłe.
Trasa liniami „National Express” do centrum mija bardzo sprawnie i w przyjemnych warunkach – klimatyzowany autobus. Stolica Wielkiej Brytanii wita przepiękną, słoneczną pogodą. Nie odmawiam sobie zatem 20 minutowego spaceru wzdłuż Hyde Parku do hostelu. Parę metrów przed miejscem naszego zakwaterowania spotykam wybudzonego przeze mnie 10 minut wcześniej z popołudniowej drzemki Maćka. Uśmiech na jego twarzy i wspólna radość z tego, że znowu udało nam się spotkać – bezcenne!
W pokoju na drugim piętrze spotykam Igora, Tomka, Karolinę, Anroma i Kasię. Witamy się równie serdecznie. Później załatwiam swój meldunek i trafiam do 16 osobowego… sąsiedniego pokoju.
Postanawiamy wyruszyć powoli przez Hyde Park do RAH i spotkać się jeszcze przed koncertem z zaprzyjaźnionym podczas ostatniego londyńskiego koncertu Francuzem Filipem i jego żoną.
Kilkanaście minut później docieramy na miejsce, spotykamy francuskich znajomych, którzy zostają obdarowani naszymi (czyt. raingodowymi) fan klubowymi koszulkami. Wybieramy się na krótki spacer w okolice RAH w poszukiwaniu pubu, w którym można by było w sympatycznej atmosferze spędzić ostatnie 1,5 godziny przed koncertem. Zapominamy w tym wszystkim, że należałoby spróbować szczęścia najpierw wewnątrz RAH. Tak też się w końcu dzieje. Wracamy pod RAH i nie czekając dłużej wchodzimy do środka tej jednej z najpiękniejszych sal koncertowych na świecie.
Czas do 19:30 (godziny rozpoczęcia koncertu) mija błyskawicznie, między innymi na nabyciu piwa (gdzie ku nie tylko mojemu zdziwieniu pani oblicza na kalkulatorze ile to jest 20 – 4,80) i późniejszym spacerze imponującymi korytarzami wewnątrz RAH, gdzie na ścianach wiszą oprawione zdjęcia największych światowych gwiazd grających wcześniej w tym miejscu swoje koncerty. Wyszliśmy też na chwilę na zewnątrz żeby nacieszyć się jeszcze przez chwilę pięknym popołudniowym słońcem i przy tej okazji mieliśmy możliwość zauważyć przechodzącego, a właściwie przebiegającego koło nas Johna McCuskera.
Parę minut po 19 docieramy na swoje miejsca w 25 rzędzie, pod koniec płyty. Wnętrze RAH, chociaż oglądane już drugi raz w życiu robi tak samo piorunujące wrażenie jak za pierwszym. Po raz kolejny mam świadomość tego, że znajduję się w jednej z najpiękniejszych sal koncertowych świata, a świadomość, że na jej scenie już za chwilę będę oglądał MK wprawia mnie w euforię. Robimy sobie wspólnie kilka pamiątkowych zdjęć, w różnych „konfiguracjach” pod samą sceną i spotykamy sympatycznego Kanadyjczyka, który jak w Łodzi poinformował mnie Maciek, jest na każdym koncercie MK podczas każdej trasy. Ów Kanadyjczyk w czasie rozmowy stwierdza, że koncerty w RAH są jego zdaniem najlepsze. Cóż, jeśli wierzyć Maćkowi, to facet jak mało kto wie co mówi.
RAH nie jest jeszcze wypełniona do ostatniego miejsca kiedy przygasają światła a na scenie pojawia się z Ruth Moody – skromna, sympatycznie wyglądająca dziewczyna, która ze swoim równie skromnym zespołem przez ponad 40 minut występuje w charakterze supportu śpiewając bardzo miłe dla ucha melodie, które jednak na dłuższą metę zaczynają na mnie działając usypiająco. Rozbudziłem się jednak kiedy zaśpiewała cover Bruce`a Springsteena – Dancing in the Dark. Nie to jest jednak najważniejsze. Najistotniejsze jest to, że dźwięk wewnątrz RAH wprawia w zachwyt. Jest w mojej ocenie absolutnie doskonały.
Koncert RM kończy się po ok. 45 min. po czym następuje 30 min. przerwa, którą pożytkuje na znalezienie czegoś do jedzenia. Udaje się w końcu w jednym z wielu miejsc dopaść absolutnie niezbędną do przeżycia kolejnych godzin, zakupioną za ciężkie pieniądze kanapkę z łososiem. Według tego co zostało mi wcześniej powiedziane za jakieś 5-7 min. powinien się rozpocząć koncert MK, zatem wracam pośpiesznie na miejsce, siadam i wspólnie z całą zgromadzoną publicznością słucham jeszcze krótkiej i wzruszającej, bo opowiedzianej prosto i szczerze historii młodego człowieka, który wygrał walkę z rakiem. Kilkadziesiąt sekund później na scenie pojawia się ubrany w marynarkę w barwach flagi Union Jack Paul Crockford i zapowiada Marka Knopflera. Przy ogromnym aplauzie tym razem wypełnionej już po brzegi RAH dobiegają do moich uszu wyraźne i bardzo głośne dźwięki „What It Is”. Świetne wykonane, z wyjątkowo czysto, pięknie i momentami aż za głośno brzmiącą gitarą MK. Następne utwory wydają się być dziwnie znajome. I tak mamy Corned Beef City, Privateering zagrane kapitalnie, tylko utwierdzające w przekonaniu, że koncertowo, przynajmniej jak dla mnie wypada lepiej niż na albumie. A dalej Father And Son będące popisem Mike`a McGoldricka, za co zostaje zresztą nagrodzony gromkimi brawami i następnie delikatne przejście do Hills Farmer`s Blues.
Przed kolejnym utworem na scenę zostaje zaproszona Ruth i wspólnie z Knopflerem wykonuje kolejno I Dug Up a Diamond oraz Seattle. Obydwa będące bardzo miłym akcentem, jako że zabrakło ich na łódzkim koncercie. No i nie da się ukryć, że piękny, delikatny głos Ruth tylko dodał im uroku. Początek I Used To Could, tak bardzo przypominał mi „Two Young Lovers” z Alchemii, a obecność zapowiedzianego przed tym utworem Nigela Hitchcocka sprawiła, że byłem niemal przekonany, że rozpoczynający się utwór to pierwszy z drugiej płyty Alchemy a nie ten z najnowszej płyty. Następnie moje ukochane Romeo & Juliet wykonane perfekcyjnie i niezwykle poruszająco, z pięknie wkomponowującym się w całość saksofonem. Długo nie miały końca brawa po jego zakończeniu. Miałem wrażenie, jakby sprawiło to, że MK na moment cofnął się myślami 30 lat wstecz, bo energia z jaką zagrali Sułtanów Swingu wprawiła mnie i większą część publiczności w euforię. Dali czadu i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że Sułtani będą jeszcze grani z taką energią.Tak czy inaczej owacje na stojąco trwały bardzo długo. Jakże odmienny klimat cały zespół stworzył przy kolejnym wzruszającym Haul Away. Równie efektownie jak w Łodzi zabrzmiały Pocztówki z Paragwaju, na początku których MK przedstawił swój, nie da się ukryć, znakomity zespół.
Zresztą wszyscy dali temu wyraz w kolejno zagranych Marbletown i Speedway At Nazareth. Niesamowite jest to jak doskonale słychać wydawać by się mogło, że niemożliwe już do cichszego zagrania skrzypce McCuskera i kontrabas Worfa. W całej RAH cisza jak makiem zasiał. Wszyscy w skupieniu podziwiają popisy całego zespołu. Speedway At Nazareth – koncertowy klasyk z solowego dorobku MK z jak zwykle powalającym na kolana zakończeniem.
Nie wiem co można powiedzieć o zagranym na koniec podstawowego „setu” „Telegraph Road” poza tym, że coraz ciężej jest mi sobie wyobrazić koncert MK bez niego. Nawet gdyby był dwa razy dłuższy i tak by mi się nie znudził. Moim zdaniem jest nim zawarte wszystko co najpiękniejsze z czasów Dire Straits. Rozbrzmiewają ostatnie dźwięki porywającej finalnej końcówki. Publiczność szaleje. Brawa nie mają końca. Jestem w swoim własnym pięknym świecie, zupełnie jakby poza świadomością chłonąc całym sobą atmosferę muzycznej uczty w RAH. Z tego błogiego stanu wybudza mnie dopiero siedzący po mojej prawej stronie Tomek, który krzyczy nagle: „Maciek biegnie!!!”. Idiotyzmem byłoby pytanie w tej sytuacji gdzie biegnie i po co. Na zasadzie „odruchu bezwarunkowego” rzuciłem się w pościg za Maćkiem „tratując” przy tej okazji kolejno Anroma, Kasię i Igora – przepraszam Was za to Moi Drodzy. Za mną ruszyli Herr Zaborowski i Karolina. Dopadliśmy do lewego brzegu sceny. Na prawo było podejrzanie luźno. Tomek nie musiał długo mnie namawiać żebyśmy przesunęli się jeszcze może 2-3 metry w prawo, w stronę środka sceny. Dopiero teraz jest okazja żeby spojrzeć spokojnie na scenę. Cały zespół z MK na czele dosłownie na wyciągnięcie ręki. Odległość do mikrofonu, w centralnym punkcie sceny ok.1,5 – 2m. Mógłbym w tym miejscu próbować zacząć opisywać uczucie radości i niezdrowego podniecenia jakie wtedy mi towarzyszyło, ale nie miałoby to najmniejszego sensu. Jak mówiła swojego czasu jedna z reklam: „są rzeczy, których nie można opisać słowami”. Mi po raz kolejny taka się przytrafiła. Powtórka z rozrywki z Wrocławia. Tylko, że bis różnił się od wrocławskiego.
Na dzień dobry całkiem znajomo - So far Away. Staram się zrobić jak największy pożytek z tego, że jestem tak blisko sceny i mam w rękach aparat. Atmosfera pod sceną niesamowita. Wspaniale jest móc oglądać tak bardzo szczęśliwe twarze i uśmiechających się do siebie ludzi, śpiewających z MK tekst utworu od początku do końca. Po zakończeniu So Far Away stojący za mną facet poklepuje mnie po ramieniu, pyta czy mówię po angielsku, po czym wręczając wizytówkę wyjaśnia, że prosi mnie o przesłanie paru zdjęć z koncertu, na który przyleciał specjalnie… ze Stanów.
Parę sekund później słyszę już delikatny wstęp do Our Shangri-La. Wewnątrz Royal Albert Hall panuje tak wspaniała atmosfera, a to co widzę przed samą jest tak wspaniałe i nadal mało realne, że jakoś nie mam nawet czasu, żeby pozwolić dotrzeć do mnie myślom, że po raz pierwszy w życiu nie usłyszę na koncercie MK „Brothers In Arms”. Z perspektywy czasu myślę, że wcale mi to nie przeszkodziło. Pewnie co innego bym myślał, gdyby miał to być mój pierwszy i na pewno ostatni koncert MK.
Na twarzy MK nadzwyczaj często maluje się uśmiech, ale widać też ogromne zmęczenie. Po „Shangri- La” na scenie ponownie pojawia się Nigel Hitchcock i już jestem pewny, że moje marzenie się spełni. John McCusker rozpoczyna delikatnie na flecie, a później w rolach głównych już tylko czerwona gitara Marka Knopflera i złoty saksofon Nigela Hitchcocka. 2-3 sekundy zajmuje mi przełamanie się i podjęcie decyzji o złamaniu zakazu dotyczącego nagrywania koncertów. Zachęcony przez przynajmniej kilka - kilkanaście osób nagrywających od początku całe bisy uwieczniłem film, który od momentu powrotu do domu obejrzałem już ponad 200 razy.
Duch Alchemii unosił się w powietrzu. Słowa nie opiszą tego co działo się ze mną i wewnątrz RAH. Możliwe, że w jakiejś niewielkiej części uda się to filmowi, który nagrałem. Podkreślam „niewielkiej” bo poziom emocji jakie towarzyszyły ostatnim minutom koncertu, przekraczał wszelkie granice.
Zmęczenie na twarzy MK jakby się pogłębiło, ale równie duża była jego radość po ostatnich dźwiękach koncertu. Widać, że czuje się tutaj dobrze. Gra u siebie. Paru osobom z prawej strony sceny podał rękę – jednak zaciekle walczący o autograf młody człowiek nie odniósł tym razem sukcesu. W końcu zespół znika za sceną, zapalają się światła, a my w czwórkę z Maćkiem, Karoliną i Tomkiem spoglądamy na siebie i niepotrzebne są jakiekolwiek słowa. Wszyscy już wiemy, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, że ten piękny sen w końcu się wyśnił, a to co przeżyliśmy pozostanie już na zawsze nasze…
Wracamy na swoje miejsca i podejmujemy wszyscy wspólnie decyzję, że należałoby uczcić ten niesamowity wieczór w pubie w podziemiach RAH. Udajemy się tam całą naszą ekipą oraz Filipem i jego żoną. Dopiero teraz można na spokojnie wymienić wrażenia z koncertu. Nie zaskoczę pewnie specjalnie nikogo jeśli napiszę, że były entuzjastyczne. Każdy z nas na pewno gdzieś po cichu zazdrości Filipowi, który podczas trasy „On Every Street” był na koncercie Dire Straits w Koloseum w Nimes.
Intrygujące przez cały czas naszych pokoncertowych pogaduch wydają się drzwi pod którymi stoi czarnoskóry ochroniarz, a za którymi odbywa się impreza dla VIPów. Kto tam jest? A może inaczej – czy jest tam albo kiedy będzie MK? Pytania zadawane sobie przez każdego z nas pozostają jednak póki co bez odpowiedzi. Wychodzimy na zewnątrz, żegnamy się z Filipem i jego żoną, którzy następnego dnia rano wyruszają w drogę powrotną do Francji. Robimy sobie ostatnie pamiątkowe zdjęcia pod imponująco prezentującą się w nocy RAH. Młody Anglik który robi nam zdjęcie ryzykując życie (czyt. wychodząc z aparatem na środek drogi) pyta po udanej sesji fotograficznej, że jeśli chcemy to on i jego kumpel dadzą nam swoje naklejki uprawniające do wejścia na vipowską imprezę. Zapytany przeze mnie czy warto i kto ciekawy tam jest odpowiada, że jeszcze przed chwilą widział tam MK.
Nie potrzebuję większej zachęty. Bez względu na to jak bardzo irracjonalne wydają się szansę dostania się za drzwi strzeżone przez dobrze zbudowanego Afroamerykanina wiem, że nie daruję sobie jeśli przynajmniej nie spróbuję. Porywam łapczywie obydwie naklejki, jedną dla siebie drugą dla Igora. Rusza z nami również Karolina. Nie wiem jak bardzo naiwnym trzeba było być żeby wierzyć, że uda nam się dostać do środka. Bariera z czarnoskórego ochroniarza okazała się nie do sforsowania. Moja rozmowa z nim wyglądała mniej więcej tak, że on mówi do mnie: skąd mam naklejki i czy myślę sobie, że on jest naprawdę taki głupi, że nie pamięta, jak oglądał nas przez ponad godzinę po drugiej stronie korytarza i dodatkowo, że on dobrze wie kto powinien być na imprezie dla Vipów.
Ja z kolei tłumaczyłem się niewiedzą i pewnie nieświadomym wprowadzeniem w błąd przez znajomych od których mamy naklejki, że są one „na okaziciela”. Idiotyczne tłumaczenie ale nawet w pewien sposób zadziałało, bo na koniec rozmowy to ów ochroniarz zaczął przepraszać mnie, za podejrzenia wobec nas, że my świadomie i z pełną premedytacją chcieliśmy się na krzywy ryj wcisnąć za drzwi dla Vipów. Bez odpowiedzi pozostaje niestety tylko pytanie czy faktycznie był tam Mark Knopfler czy też nie. Za to jeśli dobrze pamiętam od Karoliny usłyszałem, że przez uchylone drzwi dostrzegła Glenna Worfa…
Droga powrotna do hotelu zajęła sporo czasu, bo ogromny Hyde Park charakteryzuje się tym, że jest zamykany po godzinie 22, ale w żaden sposób nie pogorszyło to nikomu nastroju…
Umawiamy się, że następnego dnia po 9 wyruszymy na wycieczkę po Londynie śladami DS i MK.
Przy recepcji spotykamy ok. 10 osobową grupę Niemców. Pech chciał, że 15 min później kiedy wydawało się, że już udało mi się zasnąć cała grupa wtacza się przez drzwi pok. 74…
Następnego dnia otworzyłem o poranku oczy i już wiedziałem, że mój plan żeby przed wspólną wycieczką wyruszyć samotnie na najsłynniejsze na świecie przejście dla pieszych na Abeby Road wziął w łeb. Nie myliłem się. Na zegarku prawie 8. Okazało się także, że poza Niemcami jednym z moich współlokatorów jest też „żółty Slash” czyli sobowtór legendarnego gitarzysty Guns N Ross, tylko, że o wyjątkowo wyraźnych, azjatyckich rysach twarzy.
Po skromnym śniadaniu i porannej kawie wyruszyliśmy na wyprawę śladami DS i MK.
Pierwszym celem była malownicza podróż kolejką DLR przez biznesowe centrum Londynu do przystanku Deptford Bridge, a atrakcją, którą mieliśmy podziwiać jako pierwszą pub o nazwie Swan, w którego kącie wiele lat temu Mark Knopfler obserwował zespół o nazwie Sultans of Swing i postanowił niedługo później napisać o tym piosenkę. Kto wie czy to paradoksalnie nie był to kluczowy moment, który wpłynął na całą późniejszą karierę Dire Straits? Okazuje się jednak, że albo budynku, w którym znajdował się pub już niestety nie ma, albo całą naszą siódemkę zawiódł wzrok i nikt nie zauważył bardzo charakterystycznej budowli.
Jednak nie zrażając się pierwszym niepowodzeniem wyruszamy w stronę Farrer House. Po drodze, dzięki trzeźwości umysłu Anroma i Maćka udaje nam się nie przeoczyć jeszcze jednej atrakcji jaką jest ogromny żaglowiec o nazwie Cutty Sark, i o którym jest mowa w utworze Single Handed Sailor. Warto zaznaczyć, że od samego początku mamy wielkie szczęście do pogody. Świeci piękne słońce, powiewa delikatny wiaterek, temp. ok. 20 stopni – idealne warunki do spacerowania.
W takich to właśnie okolicznościach przyrody docieramy pod Farrer House i urządzamy najdłuższą w czasie całej wyprawy sesję fotograficzną.
W drodze powrotnej do stacji metra wstępujemy na chwilę do pubu, który wyglądem i wystrojem wnętrza do złudzenia przypomina lata 70-te. Nie obyło się bez Guinnesa i miseczki z ogromną ilością frytek.
Kolejny etap podróży to przejazd metrem na zachód Londynu do stacji Hammersmith, a stamtąd przejście już zaledwie 50m. pod salę, gdzie dokładnie 30 lat temu został nagrany legendarny koncertowy album Dire Straits – „Alchemy”. Pod Hammersmith Odeon. Dla mnie miejsca wyjątkowego, tak samo jak wyjątkowy jest dla mnie album „Alchemy”. Jak zawsze podkreślam pierwszy jaki w życiu usłyszałem i do dziś dzień ulubiony. Podświadomie rozglądam się za przytuloną do siebie parą przy jednym z wejść, a przejście po pasach pod estakadą przywołuje w pamięci mknące po niej samochody widoczne podczas najazdu kamery na Hammersmith Odeon na początku finałowego „Going Home” – tak samo wspaniałego jak to, które słyszałem dzień wcześniej.
Los funduje nam niezaplanowaną atrakcję w postaci przejazdu czerwonym, piętrowym autobusem, działającym w zastępstwie metra na zamkniętym odcinku jego trasy. Trasy, która prowadzi do przystanku Stamford Bridge, a stamtąd już tylko 10 min. na piechotę do… 20 British Groove Studios.
Nie spotkaliśmy niestety MK, pomimo dziecinnej wiary, pewnie u każdego z nas, że wszystko w życiu jest możliwe. Studio nagraniowe położone w bardzo sympatycznej, spokojnej części Londynu było ostatnim punktem programu, który wspólnie odwiedziliśmy. Po powrocie tym samym autobusem piętrowym (oczywiście w pierwszym rzędzie na górze) do przystanku Hammersmith, odłączyłem się od grupy i pojechałem w kierunku dworca King`s Cross – spotkać się z serdeczną znajomą. Maciek, Igor, Tomek und Karolina oraz Anrom i Kasia pojechali do hostelu, z zamiarem przygotowania się do wieczornego ataku na bilety na jeszcze jeden, tym razem już ostatni, z cyklu sześciu koncertów Marka Knopflera w Royal Albert Hall.
Spędzam bardzo sympatyczne popołudniu na dachu pubu niedaleko King`s Cross (tj. dach budynku, w którym jest pub został przerobiony na taras dla gości). Wracając powoli w kierunku domu dostaje od Tomka sms, że udało im się zdobyć bilety za symboliczne pieniądze i On, Karolina, Maciek i Igor są w RAH. Ja robię to czego nie udało mi się zrobić rano, czyli jadę na Abbey Road.
Fascynujące jest to, że od czasu wydania albumu o tym samym tytule minęło ponad 40 lat, a dzięki zamontowanej na ogrodzeniu legendarnego studia nagraniowego kamerze, praktycznie codziennie, o każdej porze dnia, można obserwować ludzi, którzy przychodzą tam zrobić sobie zdjęcie na pasach.
Robi się już coraz później więc decyduję się pojechać pod RAH zahaczając po drodze o hostel. Okazuje się, że nie zdążę już przed 22 przedostać się przez Hyde Park na drugą stronę, także nie pozostaje mi nic innego jak okrężną drogą doczłapać pod RAH. Docieram tam przed 22:30. Wystarczająco wcześnie żeby zmarznąć do momentu spotkania z Naszymi po koncercie tj. ok. 23:15. Gdzieś koło 23 schowałem się już w środku RAH. Parę minut później widzę już na schodach rozentuzjazmowane twarze Maćka i Tomka. Po chwili dociera do nas Igor. Znajduje się też Karolina, która przynosi newsa, że MK będzie wychodził wyjściem nr 1. Nie ma zatem innej opcji, jak tylko podejść i przekonać się samemu na ile są to wiarygodne informacje. A wyglądają bardzo wiarygodnie. Przed wyjściem stoi ok. 50 osób z aparatami, okładkami płyt, biletami itp., a przy chodniku zaparkowane 2 potężne, czarne Range Rovery i jeden srebrny Mercedes Vito. Czekamy. Ze środka co jakiś czas wychodzą ludzie, jednak żaden z nich nie przypomina nikogo z członków zespołu ani tym bardziej samego MK. Po kilkunastu minutach oczekiwania przez drzwi z szybkością błyskawicy przebiega Ian Thomas, rozlegają się brawa, on jednak znika za samochodami i ślad po nim ginie. Czekamy i długo, długo nic. Znowu tylko zupełnie nikomu nieznane osoby opuszczają oblegane drzwi. Kilka spośród nich wsiada do Range Roverów, a te odjeżdżają i wracają za jakiś czas. Mija prawie godzina. Wychodzi w końcu Jim Cox witany również brawami, podpisuje szybko jeden autograf osobie stojącej najbliżej Range Rovera, po czy wsiada do środka, zamyka drzwi i znika na ulicach Londynu. Karolina dopytuje kierowcę Mercedesa o MK i zostaje zapewniona, że będzie on na pewno wychodził tymi drzwiami – niewiadomo tylko kiedy. Ja natomiast jestem już pewny, że jestem chory. Cały przemarznięty, przemęczony i ze świadomością, że mój samolot odlatuje za niewiele ponad 5 godzin opuszczam RAH. Razem ze mną idą Maciek i Igor. Żegnamy się z Karolina i Tomkiem życząc im aby ich determinacja została należycie wynagrodzona. Jaki był finał całej historii najlepiej niech sami opowiedzą. Nie chcę im odbierać tej przyjemności.
Docieramy w trójkę do hostelu, gdzie szybko pakuję plecak i ruszam w drogę na lotnisko. Jakieś pół godziny później „kwitnę” już na przystanku przy Portman Street w oczekiwaniu na autobus. Przy okazji obserwuję kamienicę po drugiej stronie ulicy, gdzie trwa domowa impreza. Przed wejściem stoją zaparkowane 3 czarne E-klasy, rozwożące do domów co parę minut panów w powiedzmy średnim wieku z coraz to młodszymi i bardziej atrakcyjnymi partnerkami. W końcu przyjeżdża upragniony autobus. I całe szczęście bo ból gardła jest już nie do zniesienia.
1,5 godziny później jestem już na lotnisku przypominającym jedną wielką noclegownię. Znajduje w końcu miejsce siedzące w kawiarni zamawiając największą z możliwych kaw. Przy odprawie jestem obmacywany jak najgorszy terrorysta ale w końcu bez większych problemów docieram do strefy wolnocłowej. Udaje mi się kupić ulubioną wodę toaletową (50ml) o UWAGA – 100pln taniej niż w Polsce. Przez moment zastanawiam się czy nie kupić za 9 funtów losu na loterię, w której główną nagrodą jest Aston Martin. W końcu jednak rezygnuję marząc sobie po cichu, że może jeszcze kiedyś przyjdzie taki czas, że sam zarobię na taki samochód.
Za niecałe 2h jestem już na lotnisku w Szczecinie, gdzie o ironio leje jak z cebra. Warto pamiętać, że przez całe pobyt w Londynie nie spadła na mnie ani jedna kropla deszczu. Kolejne 1,5h później docieram z powrotem do Rodziny. I chociaż po nieprzespanej całej nocy ledwo „kontaktuję” z radością opowiadam każdemu „jak było”. Po obiedzie wyruszam z Rodzicami do domu, gdzie docieram po 41 godzinach bez snu. Nie mam zupełnie na nic sił. Pomimo stanu skrajnego wyczerpania i męczącej nadal choroby wiem, że nie zasnę dopóki nie podłączę aparatu do telewizora i nie zobaczę efektu zarejestrowanego „Going Home”.
Oglądając 5 minutowy klip dopiero zaczyna docierać do mnie, że wszystko musiało wydarzyć się naprawdę. Przekonuję się jak wielkim jestem szczęściarzem, że miałem szansę przeżyć coś tak wspaniałego i że wyjazd wart był każdej wydanej złotówki i funta oraz wielu innych wyrzeczeń. Z trudem docieram do łóżka nucąc sobie cały czas w myślach melodię z filmu „Local Hero”. Tak kończy się jedna z najpiękniejszych przygód mojego życia…
P.S. Dziękuję Karolinie, Kasi, Anromowi, Tomkowi, Igorowi i Maćkowi za wspólne przeżywanie tych wspaniałych chwil, a Wam Drodzy Czytelnicy, dziękuję za wszystkie miłe sms-y i za możliwość dzielenia się z Wami radością.
Wieczorem obiecuję podać linki do zdjęć i klipu „Going Home”
W.
"And what have you got at the end of the day?
What have you got to take away?
A bottle of whisky and a new set of lies
Blinds on the window and a pain behind the eyes..."
What have you got to take away?
A bottle of whisky and a new set of lies
Blinds on the window and a pain behind the eyes..."

