26.10.2011, 12:37
Wracajac do wczoraj, jechalem do Mannheim z niemalym stresem, znowu korki na autostradzie, i na godzine przed koncertem, 2 km przed SAP Arena, znowu korki i pozajmowane Parkingi, ale sie udalo i o 19.20 czyli 10 min przed koncertem bylem juz w swoim sektorze. Udalo sie. Kamien z serca.
Mark wszedl punktualnie, od razu polecial What is this i reszte utworow jak w Luxemburgu. SAP Arena wypelniona po sam szczyt, reagowala bardzo zywo na utowry Marka. Rowniez nowe dwa utowry zdobyly wielkie uznanie sluchaczy, nie chce sie rozpisywac na temat poszczegolnych utowrow, powiem krotko znowu byly bomba, Mark i zespol w wysmienitej formie. Mark poczynil jedna zmiane w secie zamiast Bonapartego ( napewno stal w korku) przyjechali "bracie zolnierze" ale w pokojowych zamiarach -wiadomo maja czolg a Bonaprte tylko jakiegos konik
-. I w tym momencie sala oszalala
Po koncercie zasadniczym bis, i znowu nie wiedziec czemu
So far away. Zespol i Marka zegnalismy owacyjnie.
Pozniej ok 30 min, przerwy, w ktorym to czasie wypilem malego Biera, Tak sie zastanawialem chodzac po korytarzach SAPu dlaczego ludzie na mnie patrza, czyzbym byl taki piekny, a moze niedomyty
a tu sie okazuje, ze wdziana przeze mnie koszulka Mark Knopfler tour przykuwala ich wzrok. Stoje sobie a tu....
nagle ktos mnie lapie od tylu i zrywa ze mnie koszulke, Ostaje mi sie tylko prawy rekawek i kilka nitek, krzycze Dieb, Dieb ( zlodziej zlodziej) Ludzie gonia za zlodziejszakiem ktory ubrany w jeansy czarna koszule i ponczache ucieka przede mna. W koncu dwoch roslych panow zatrzymuje winowajce, ponczocha wedruje na podloga a przed nami stoi Mister Mark Knopfler
Mark Why??? Dla koszulki!!! pada odpowiedz
Oczywiscie zart.
Prawda jest taka, znowu obserwowano koszulke, i pytano gdzie takowa mozna nabyc, mowie "das ist selbstgemacht
"
Patrzylem na gadzety, koszulki z oficjalnego stoiska, miernota _ Wojtek powienien robic im koszulki, a to maja byle jakiego projektanta no i cena( 30 Ojro)
Po przerwie wracam na sale, ide pod scene by popatrzec na sprzet dylanowski, nagle gasna swiatla i wychodzi kilku panow w kapeluszach i jeden bez za to z gitara. Oooooo.....
jest Mark, stoje kilka chwil przed scena, ale musze wracac do mojego siadelka, Chlopaki graja a Mark im przygrywa, slychac markowa gitare nie przez moc, sile ale przez sposob grania, tego sie nie da nie wylapac,
Dylanowski lider gitary, uwazam, ze tylko przeszkadzal jak Mark gral.
Mark gra w pieciu utworach, choc sam "spiew" Boba jest tudny do wytrzymania to muza z markiem "w tle" jest ok. Po pieciu utworach Mark podnosi reke i zegna sie z publika -owacje- zostaje Pan Dylan i spolka. Utwory ok, nawet zywe, melodyjne ale ... nie dotrwalem do konca jak sie okazuje, nie tylko ja, wielu bowiem ludzi zaczelo wychodzic w czasie Bobowego wystepu.
Mam szacunek do tego artysty, ale wokalnie sie raczej skonczyl. Tak jak pisalem to takie skrzeczenia jak stara zaba, a wczoraj tak mi wpadlo do glowy w czasie koncertu takie okreslenie, Dylanowy spiew to (o)krzyki do muzyki albo w takt muzyki. Nawet sie rymuje.
Muza Boba zywa, dobra, ale na dluzsza mete troche monotonna jesli porownamy z wystepem Marka. Wokal Marka a Dylana to tez przepasc. Nie mniej warto bylo zobaczyc Pana Boba.
Szczesciarze zazdroszcze Wam Berlinu.
Mark wszedl punktualnie, od razu polecial What is this i reszte utworow jak w Luxemburgu. SAP Arena wypelniona po sam szczyt, reagowala bardzo zywo na utowry Marka. Rowniez nowe dwa utowry zdobyly wielkie uznanie sluchaczy, nie chce sie rozpisywac na temat poszczegolnych utowrow, powiem krotko znowu byly bomba, Mark i zespol w wysmienitej formie. Mark poczynil jedna zmiane w secie zamiast Bonapartego ( napewno stal w korku) przyjechali "bracie zolnierze" ale w pokojowych zamiarach -wiadomo maja czolg a Bonaprte tylko jakiegos konik
-. I w tym momencie sala oszalala
Po koncercie zasadniczym bis, i znowu nie wiedziec czemu
So far away. Zespol i Marka zegnalismy owacyjnie.Pozniej ok 30 min, przerwy, w ktorym to czasie wypilem malego Biera, Tak sie zastanawialem chodzac po korytarzach SAPu dlaczego ludzie na mnie patrza, czyzbym byl taki piekny, a moze niedomyty
a tu sie okazuje, ze wdziana przeze mnie koszulka Mark Knopfler tour przykuwala ich wzrok. Stoje sobie a tu....nagle ktos mnie lapie od tylu i zrywa ze mnie koszulke, Ostaje mi sie tylko prawy rekawek i kilka nitek, krzycze Dieb, Dieb ( zlodziej zlodziej) Ludzie gonia za zlodziejszakiem ktory ubrany w jeansy czarna koszule i ponczache ucieka przede mna. W koncu dwoch roslych panow zatrzymuje winowajce, ponczocha wedruje na podloga a przed nami stoi Mister Mark Knopfler
Mark Why??? Dla koszulki!!! pada odpowiedz
Oczywiscie zart. Prawda jest taka, znowu obserwowano koszulke, i pytano gdzie takowa mozna nabyc, mowie "das ist selbstgemacht
"Patrzylem na gadzety, koszulki z oficjalnego stoiska, miernota _ Wojtek powienien robic im koszulki, a to maja byle jakiego projektanta no i cena( 30 Ojro)
Po przerwie wracam na sale, ide pod scene by popatrzec na sprzet dylanowski, nagle gasna swiatla i wychodzi kilku panow w kapeluszach i jeden bez za to z gitara. Oooooo.....
jest Mark, stoje kilka chwil przed scena, ale musze wracac do mojego siadelka, Chlopaki graja a Mark im przygrywa, slychac markowa gitare nie przez moc, sile ale przez sposob grania, tego sie nie da nie wylapac,
Dylanowski lider gitary, uwazam, ze tylko przeszkadzal jak Mark gral.
Mark gra w pieciu utworach, choc sam "spiew" Boba jest tudny do wytrzymania to muza z markiem "w tle" jest ok. Po pieciu utworach Mark podnosi reke i zegna sie z publika -owacje- zostaje Pan Dylan i spolka. Utwory ok, nawet zywe, melodyjne ale ... nie dotrwalem do konca jak sie okazuje, nie tylko ja, wielu bowiem ludzi zaczelo wychodzic w czasie Bobowego wystepu.
Mam szacunek do tego artysty, ale wokalnie sie raczej skonczyl. Tak jak pisalem to takie skrzeczenia jak stara zaba, a wczoraj tak mi wpadlo do glowy w czasie koncertu takie okreslenie, Dylanowy spiew to (o)krzyki do muzyki albo w takt muzyki. Nawet sie rymuje.
Muza Boba zywa, dobra, ale na dluzsza mete troche monotonna jesli porownamy z wystepem Marka. Wokal Marka a Dylana to tez przepasc. Nie mniej warto bylo zobaczyc Pana Boba.
Szczesciarze zazdroszcze Wam Berlinu.

