10.06.2011, 00:29
Pytanie z cyklu 'mieć ciastko czy zjeść ciastko?'. Czego by się nie wybrało, prawdopodobnie będzie gdzieś w środku choć trochę szkoda, że nie wybrało się tej drugiej opcji.
W moim wypadku zależy to od koncertu. Przykładowo Watersa bardzo dobrze oglądało mi się z trochę dalszej odległości (drugi albo trzeci rząd stojący za golden circle), bo byłem w stanie ogarnąć co się dzieje na scenie, co jest wyświetlane na ścianie itp. Osoba stojąca w pierwszym rzędzie co prawda stała od RW kilka metrów, była prawie na scenie, ale nie zobaczyła widowiska nawet w 1/4 okazałości. Stanie z tyłu ma jeden zasadniczy plus - wszystko dobrze słychać. Przody nie są nakierowane w dół pod scenę, więc tam słychać gorzej. Zależnie od wielkości koncertu różnica jest większa lub mniejsza.
Z drugiej strony na Satrianim byłem gotowy na poświęcenie zupełnej przejrzystości miksu (dość mała sala, więc różnica zapewne nie była ogromna, przynajmniej ja słyszałem zupełnie wszystko) dla tej prawdpodobnie jedynej okazji w życiu, aby być jak najbliżej JS. W porównaniu z MK (nie tylko doświadczenie siedzącego koncertu we Wrocławiu, mówię też o Torwarze, gdzie stałem przy barierce) jego 'droczenie' się z publiką, zaczepianie, krążenie po scenie i interakcja jest ważną częścią występu. Opłaciło mi się to o tyle, że nabyłem drogą rzutu w publikę kostkę basisty
Na polskich koncertach często przemieszczałem się po sali/plenerze dla porównania (lub też byłem przemieszczany przez pogo). Ostatnie juwenalia - jakieś 30 metrów od sceny słychać świetnie (wtedy stwierdziłem, że Coma jest naprawdę nie dość że nędzna technicznie i muzycznie, to i brzmieniowo bez rewelacji), natomiast pod sceną nie było słychać prawie w ogóle wokalu.
Czasami też emocje biorą górę i po prostu wyrzucają pod scenę, a jeżeli nie skacze się jak pogrzanym cały koncert, to jeszcze nie jest się tak wycieńczonym, że ogarnia się tylko trzymanie równowagi. Do nagrywania nie mam sprzętu, jeżeli już, to nagram telefonem albo aparatem filmik góra minutę, zrobię kilka, może kilkanaście zdjęć i bawię się dalej. Żal by mi było oglądać koncert z własnej kamery, a nie pamiętać co się wtedy działo. Zawsze przecież ktoś inny nagrywa
W moim wypadku zależy to od koncertu. Przykładowo Watersa bardzo dobrze oglądało mi się z trochę dalszej odległości (drugi albo trzeci rząd stojący za golden circle), bo byłem w stanie ogarnąć co się dzieje na scenie, co jest wyświetlane na ścianie itp. Osoba stojąca w pierwszym rzędzie co prawda stała od RW kilka metrów, była prawie na scenie, ale nie zobaczyła widowiska nawet w 1/4 okazałości. Stanie z tyłu ma jeden zasadniczy plus - wszystko dobrze słychać. Przody nie są nakierowane w dół pod scenę, więc tam słychać gorzej. Zależnie od wielkości koncertu różnica jest większa lub mniejsza.
Z drugiej strony na Satrianim byłem gotowy na poświęcenie zupełnej przejrzystości miksu (dość mała sala, więc różnica zapewne nie była ogromna, przynajmniej ja słyszałem zupełnie wszystko) dla tej prawdpodobnie jedynej okazji w życiu, aby być jak najbliżej JS. W porównaniu z MK (nie tylko doświadczenie siedzącego koncertu we Wrocławiu, mówię też o Torwarze, gdzie stałem przy barierce) jego 'droczenie' się z publiką, zaczepianie, krążenie po scenie i interakcja jest ważną częścią występu. Opłaciło mi się to o tyle, że nabyłem drogą rzutu w publikę kostkę basisty
Na polskich koncertach często przemieszczałem się po sali/plenerze dla porównania (lub też byłem przemieszczany przez pogo). Ostatnie juwenalia - jakieś 30 metrów od sceny słychać świetnie (wtedy stwierdziłem, że Coma jest naprawdę nie dość że nędzna technicznie i muzycznie, to i brzmieniowo bez rewelacji), natomiast pod sceną nie było słychać prawie w ogóle wokalu.
Czasami też emocje biorą górę i po prostu wyrzucają pod scenę, a jeżeli nie skacze się jak pogrzanym cały koncert, to jeszcze nie jest się tak wycieńczonym, że ogarnia się tylko trzymanie równowagi. Do nagrywania nie mam sprzętu, jeżeli już, to nagram telefonem albo aparatem filmik góra minutę, zrobię kilka, może kilkanaście zdjęć i bawię się dalej. Żal by mi było oglądać koncert z własnej kamery, a nie pamiętać co się wtedy działo. Zawsze przecież ktoś inny nagrywa
Love, Peace & Dire Straits

