03.04.2006, 17:19
Podpisuje sie pod Kooba. Fade to sposob zakonczenia taki...taki...no taki jak np wielokropek po dajacym do myslenia wierszu. Pozostawiajacy odbiorce jeszcze ze sztuka na dlugo dlugo dlugo, wywolujacy zadume, zmuszajacy do "dospiewania" sobie reszty - w dowolny sposob. Aczkolwiek zdanie urwane w polowie tez moze byc takim bodzcem sklaniajacym ku refleksji. I jeszcze - wyciszenia maja niejako swoj klimat. Piosenka sie po prostu snuje, plynie, trwa, i jak wszystko na tym swiecie, konczy sie, pomalu gasnie...
A z takiej bardziej technicznej strony, to wydaje mi sie ze generalnie bardzo duzo nagran studyjnych konczy sie wlasnie fadem. Jest to po prostu bardziej plynne...tak mi sie wydaje. Natomiast na koncercie taki sposob zakonczenia piosenki bylby po prostu nienaturalny, moze nawet trudny? :wacko: chyba cos plote
Przeciez taki np the wall jest skonstruowany zupelnie na przekor mojej teorii
Ale the wall to niezwykla plyta wiec mozna jej wybaczyc
A z takiej bardziej technicznej strony, to wydaje mi sie ze generalnie bardzo duzo nagran studyjnych konczy sie wlasnie fadem. Jest to po prostu bardziej plynne...tak mi sie wydaje. Natomiast na koncercie taki sposob zakonczenia piosenki bylby po prostu nienaturalny, moze nawet trudny? :wacko: chyba cos plote
Przeciez taki np the wall jest skonstruowany zupelnie na przekor mojej teorii
Ale the wall to niezwykla plyta wiec mozna jej wybaczyc
You do what you want to
You go your own sweet way...
You go your own sweet way...

