07.05.2005, 23:33
Wracając do domu z koncertu przyszło mi do głowy, że wynikają z tego pewne konsekwencje (poza trwałym śladem w psychice - pozytywnym oczywiście
). Po pierwsze to że zanim usłyszłem Marka na żywo był dla mnie idolen i muzycznym numeren 1, po prostu Wielki. Natomiast kiedy usłyszałem go na żywo, z wielkiego stał się jeszcze większym. Poza tym o ile wcześniej preferowałem (z niewielką tylko różnicą ale jednak) "starego" Marka, jeszcze z czasów DS tak teraz to dla mnie bez znaczenia. W spodku odkryłem jakby na nowo piękno jego muzyki...
To tak jak kochać góry z opowieści i obrazków, a potem nimi wędrować - można wtedy zobaczyć i odkryć znacznie więcej niż na obrazkach.
Ale dość już filozofowania bo sie troche rozgadałem
). Po pierwsze to że zanim usłyszłem Marka na żywo był dla mnie idolen i muzycznym numeren 1, po prostu Wielki. Natomiast kiedy usłyszałem go na żywo, z wielkiego stał się jeszcze większym. Poza tym o ile wcześniej preferowałem (z niewielką tylko różnicą ale jednak) "starego" Marka, jeszcze z czasów DS tak teraz to dla mnie bez znaczenia. W spodku odkryłem jakby na nowo piękno jego muzyki...To tak jak kochać góry z opowieści i obrazków, a potem nimi wędrować - można wtedy zobaczyć i odkryć znacznie więcej niż na obrazkach.
Ale dość już filozofowania bo sie troche rozgadałem
It never rains around here
It just come pouring down
It just come pouring down

