09.03.2006, 22:03
Może teraz ja...
Z przykrociš muszę stwierdzić, że "On An Island" bardzo rozczarowuje. Prawdopodobnie moja ocena wyniknęła z wysoko postawionej przeze mnie poprzeczki panu Gilmourowi, ale co tam...
Po pierwsze płyta sprawia wrażenie nie do końca przemylanej. Wiekszoć utworów jest doć zrobiona na przysłowiowe "jedno kopyto" i z pierwszego przesłuchania w pamięci pozostaje naprawdę niewiele (jedynie otwierajšcy "Castellorizon", wietny utwór tytułowy i ostrzejszy "Take A Breath").
Nie można płycie odmówić typowo floydowych klimatów. Niektóre z fragmentów kojarzš mi się z balladkami z okresu "Obscured By Clouds", ale większoć to gnioty i psedo "country-rocki" w postaci "The Blue" (utwór ratuje na szczęcie wietne gitarowe solo pod koniec kawałka) czy koszmarnego "Smile", które jako do mnie nie przemawiajš. Nawet nieco ambitniejsze z założenia "A Pocketful Of Stones" i "Where We Start" sprawiajš wrażenie nie do końca rozwiniętych pomysłów.
Żeby nie było, że tylko le teraz o plusach. wietnie przezentuje się instrumantalny "Then I Close My Eyes"-taki jazzrockowo-psychodeliczny misz-masz. Kolejny to piew Gilmoura, jak zwykle ciepły i przyjazny. Fajnie nie poddał się tak upływowi czasu (jak np. u Grega Lake'a). Do czego służy gitara pan DG także nie zapomniał. Na płycie jest kilka wietnych solówek, ale to trochę mało jak na jego możliwoci.
Oczywicie możecie mi zarzucić że płyta miała mieć taki charakter: senny i stonowany. Owszem, zgodzę się, ale nie zmienia to faktu że brakuje jej czego co w muzyce nazywamy mianem "ducha".
Słuchajšc "On An Island" tak co mi się wydaje, że wiem dlaczego Gilmour nie chce reaktywować Pink Floyd. Po prostu goć się wypalił i bał się że Roger znów go przebije swoimi pomysłami.
PS. Jestem po ok. 6-ciu przesłuchaniach i nadal nie moge sie przekonać
Z przykrociš muszę stwierdzić, że "On An Island" bardzo rozczarowuje. Prawdopodobnie moja ocena wyniknęła z wysoko postawionej przeze mnie poprzeczki panu Gilmourowi, ale co tam...
Po pierwsze płyta sprawia wrażenie nie do końca przemylanej. Wiekszoć utworów jest doć zrobiona na przysłowiowe "jedno kopyto" i z pierwszego przesłuchania w pamięci pozostaje naprawdę niewiele (jedynie otwierajšcy "Castellorizon", wietny utwór tytułowy i ostrzejszy "Take A Breath").
Nie można płycie odmówić typowo floydowych klimatów. Niektóre z fragmentów kojarzš mi się z balladkami z okresu "Obscured By Clouds", ale większoć to gnioty i psedo "country-rocki" w postaci "The Blue" (utwór ratuje na szczęcie wietne gitarowe solo pod koniec kawałka) czy koszmarnego "Smile", które jako do mnie nie przemawiajš. Nawet nieco ambitniejsze z założenia "A Pocketful Of Stones" i "Where We Start" sprawiajš wrażenie nie do końca rozwiniętych pomysłów.
Żeby nie było, że tylko le teraz o plusach. wietnie przezentuje się instrumantalny "Then I Close My Eyes"-taki jazzrockowo-psychodeliczny misz-masz. Kolejny to piew Gilmoura, jak zwykle ciepły i przyjazny. Fajnie nie poddał się tak upływowi czasu (jak np. u Grega Lake'a). Do czego służy gitara pan DG także nie zapomniał. Na płycie jest kilka wietnych solówek, ale to trochę mało jak na jego możliwoci.
Oczywicie możecie mi zarzucić że płyta miała mieć taki charakter: senny i stonowany. Owszem, zgodzę się, ale nie zmienia to faktu że brakuje jej czego co w muzyce nazywamy mianem "ducha".
Słuchajšc "On An Island" tak co mi się wydaje, że wiem dlaczego Gilmour nie chce reaktywować Pink Floyd. Po prostu goć się wypalił i bał się że Roger znów go przebije swoimi pomysłami.
PS. Jestem po ok. 6-ciu przesłuchaniach i nadal nie moge sie przekonać

