09.11.2005, 22:58
Witam
Ddawwidd, może faktycznie zbyt radykalnie podszedłem do tematu krytykowania pana Knopflera. Chodziło mi raczej o to, by nie oceniać go negatywnie tylko dlatego, że postawnowił grać inaczej. Krytykować można, a nawet należy, byle nie dla samego krytykowania. Na całe szczęcie nie wszystkim podoba się to samo.
Wymienine przez Robsona minimalizm, oszczędnoć czy raczej subtelnoć w grze solowej mnie samego wręcz urzekajš. Słuchajšc "współczesnych" utworów odczuwam niedosyt gitary pana Marka. Nie jest to jednak niedosyt, który powodowałby mojš niechęć czy krytykę. Przeciwnie. Działa to na mnie jak narkotyk. Wcišż chę więcej i więcej. Słuchajšc końcówki "Why Aye Man", aż przechodzš mnie ciarki po plecach. Co ciekawe podobne odczucia wywołujš też uwory Dire Straits
.
Gdybym miał porównać muzykę Marka Knopflera do kobiety byłaby to niezapomniana Audrey Hepburn. Może nie tak efektowna jak inne "Boginie" ekranu ale jedyna w swoim rodzaju i absolutnie niepowtarzalna. Jej jeden umiech potrafił (opinia subiektywna) wzbudzić więcej emocji niż niemal cały film z udziałem innych, a przecież znakomitych i pięknych aktorek.
Czy nie jest podobnie z dwiękami wyczarowywanymi przez pana Marka?
Pozdrawiam
Ddawwidd, może faktycznie zbyt radykalnie podszedłem do tematu krytykowania pana Knopflera. Chodziło mi raczej o to, by nie oceniać go negatywnie tylko dlatego, że postawnowił grać inaczej. Krytykować można, a nawet należy, byle nie dla samego krytykowania. Na całe szczęcie nie wszystkim podoba się to samo.
Wymienine przez Robsona minimalizm, oszczędnoć czy raczej subtelnoć w grze solowej mnie samego wręcz urzekajš. Słuchajšc "współczesnych" utworów odczuwam niedosyt gitary pana Marka. Nie jest to jednak niedosyt, który powodowałby mojš niechęć czy krytykę. Przeciwnie. Działa to na mnie jak narkotyk. Wcišż chę więcej i więcej. Słuchajšc końcówki "Why Aye Man", aż przechodzš mnie ciarki po plecach. Co ciekawe podobne odczucia wywołujš też uwory Dire Straits
.Gdybym miał porównać muzykę Marka Knopflera do kobiety byłaby to niezapomniana Audrey Hepburn. Może nie tak efektowna jak inne "Boginie" ekranu ale jedyna w swoim rodzaju i absolutnie niepowtarzalna. Jej jeden umiech potrafił (opinia subiektywna) wzbudzić więcej emocji niż niemal cały film z udziałem innych, a przecież znakomitych i pięknych aktorek.
Czy nie jest podobnie z dwiękami wyczarowywanymi przez pana Marka?
Pozdrawiam

