- 2-
MK: Tak, mniej więcej rok w College-in- Essex. Potem pisałem przez wiele lat dla
Yorkshire Evening-Post.
DW
rzypomina pan sobie jeszcze swój pierwszy artykuł?
MK: Nie. Na początku mogłem pisać tylko krótkie komunikaty.Ale miałem już trochę treningu dzięki moim kursom w College-in- Essex. I szybko się uczyłem. Redakcja wysyłała mnie jako ochotnika do Ratusza w Leeds by pisać sprawozdania. Pisałem też ogromnie dużo reportaży sądowych. To był dobry trening do piosenek, które dopiero potem zacząłem pisać.
DW: Jak bardzo?
MK:Jako reporter pisałem stale historie prosto z życia. Dziennikarz musi to życie skondensować. Opowiedzieć historie w kilku wersach. Z niektórych artykułów powstały później piosenki. Kiedyś dostałem polecenie na przeprowadzenie w teatrze wywiadu z członkami grupy pantonimy. W ten sposób powstała piosenka"One more Matinee", którą znacznie później umieściłem na mojej solowej płycie "Sailing to Philadelphia". Wtedy, jako reporterowi stało się dla mnie jasne, że powinienem na poważnie zacząć pisać piosenki. Do tego momentu uważałem się za gitarzystę, który niedbale opanował ten instrument.
DW: Co spowodowało porzucenie dziennikarstwa?
MK: Jako dziennikarz, musisz być przebojowy. Mówi się, że musisz mieć "atrament w żyłach" . Nie byłem pewien, czy jest to dla mnie.
DW: Pisał pan też o muzyce?
MK: Trochę.Ważniejsze tematy muzyczne przejmował starszy redaktor. Od czasu do czasu pozwalał mi napisać jedną szpaltę o jakimś albumie. Ale nigdy dużo.
DW:Jako dziennkarz nie odkrył pan żadnego talentu muzycznego?
MK:Nie. Ale napisałem jeden nekrolog dla kogoś wielkiego. Dziwnym trafem, był to ostatni artykuł, który napisałem dla Evening-Post. Przypominam sobie ten moment bardzo dokładnie: siedziałem akurat w jakimś biurze w ratuszu. Właśnie podjąłem ostateczną decyzję, by porzucić dziennikarstwo, i podjąć studia na uniwersytecie. Zastanawiałem się tylko, jak najlepiej powiedzieć to moim kolegom.Wtedy zadzwonił telefon, Jeff z wiadomości: "Halo Mark. To ty? Zmarł ten facet, Jimi Henderson, czy Hendrixâ. Westchnąłem: o nie! Byłem zaszokowany. "No ten, jak tam się nazywał, nie żyje. "Podyktuj coś przez telefon". Nie, Jeff, zaczekaj, daj mi przynajmniej parę minut. "Ale pospiesz się, zaraz drukujemy. Zadzwoń do mnie za dwie minuty. Dasz coś do wydania wieczornego, okay?
DW:Napisał pan nekrolog Jimi Hendrixa w dwie minuty? Nawet dziś, w czasie digitalnego przyspieszenia to super szybko!
MK: Niech Pan nie pyta, co wtedy tam napisałem. Coś tam poskładałem o Jimi Hendrixie i w dwie minuty przekazałem przez telefon. Potem wyszedłem z ratuszu do redakcji, powiedziałem wszystkim "Goodbye" i opuściłem biuro. Na zawsze.
DW: Muzykiem jeszcze wtedy pan nie został. Po studiach pracował pan przez parę lat jako nauczyciel angielskiego.
MK: W tym czasie próbowałem już zarabiać na życie muzyką â ale to się jeszcze nie udawało. Łapałem się najróżniejszych zajęć. Otrzymanie angażu na stanowisku nauczyciela stało się dla mnie błogosławieństwem, praca dawała poczucie bezpieczeństwa. Mogłem wynająć mieszkanie, kupić samochód i motor. I mój pierwszy Fender Stratocaster.
MK: Tak, mniej więcej rok w College-in- Essex. Potem pisałem przez wiele lat dla
Yorkshire Evening-Post.
DW
rzypomina pan sobie jeszcze swój pierwszy artykuł?MK: Nie. Na początku mogłem pisać tylko krótkie komunikaty.Ale miałem już trochę treningu dzięki moim kursom w College-in- Essex. I szybko się uczyłem. Redakcja wysyłała mnie jako ochotnika do Ratusza w Leeds by pisać sprawozdania. Pisałem też ogromnie dużo reportaży sądowych. To był dobry trening do piosenek, które dopiero potem zacząłem pisać.
DW: Jak bardzo?
MK:Jako reporter pisałem stale historie prosto z życia. Dziennikarz musi to życie skondensować. Opowiedzieć historie w kilku wersach. Z niektórych artykułów powstały później piosenki. Kiedyś dostałem polecenie na przeprowadzenie w teatrze wywiadu z członkami grupy pantonimy. W ten sposób powstała piosenka"One more Matinee", którą znacznie później umieściłem na mojej solowej płycie "Sailing to Philadelphia". Wtedy, jako reporterowi stało się dla mnie jasne, że powinienem na poważnie zacząć pisać piosenki. Do tego momentu uważałem się za gitarzystę, który niedbale opanował ten instrument.
DW: Co spowodowało porzucenie dziennikarstwa?
MK: Jako dziennikarz, musisz być przebojowy. Mówi się, że musisz mieć "atrament w żyłach" . Nie byłem pewien, czy jest to dla mnie.
DW: Pisał pan też o muzyce?
MK: Trochę.Ważniejsze tematy muzyczne przejmował starszy redaktor. Od czasu do czasu pozwalał mi napisać jedną szpaltę o jakimś albumie. Ale nigdy dużo.
DW:Jako dziennkarz nie odkrył pan żadnego talentu muzycznego?
MK:Nie. Ale napisałem jeden nekrolog dla kogoś wielkiego. Dziwnym trafem, był to ostatni artykuł, który napisałem dla Evening-Post. Przypominam sobie ten moment bardzo dokładnie: siedziałem akurat w jakimś biurze w ratuszu. Właśnie podjąłem ostateczną decyzję, by porzucić dziennikarstwo, i podjąć studia na uniwersytecie. Zastanawiałem się tylko, jak najlepiej powiedzieć to moim kolegom.Wtedy zadzwonił telefon, Jeff z wiadomości: "Halo Mark. To ty? Zmarł ten facet, Jimi Henderson, czy Hendrixâ. Westchnąłem: o nie! Byłem zaszokowany. "No ten, jak tam się nazywał, nie żyje. "Podyktuj coś przez telefon". Nie, Jeff, zaczekaj, daj mi przynajmniej parę minut. "Ale pospiesz się, zaraz drukujemy. Zadzwoń do mnie za dwie minuty. Dasz coś do wydania wieczornego, okay?
DW:Napisał pan nekrolog Jimi Hendrixa w dwie minuty? Nawet dziś, w czasie digitalnego przyspieszenia to super szybko!
MK: Niech Pan nie pyta, co wtedy tam napisałem. Coś tam poskładałem o Jimi Hendrixie i w dwie minuty przekazałem przez telefon. Potem wyszedłem z ratuszu do redakcji, powiedziałem wszystkim "Goodbye" i opuściłem biuro. Na zawsze.
DW: Muzykiem jeszcze wtedy pan nie został. Po studiach pracował pan przez parę lat jako nauczyciel angielskiego.
MK: W tym czasie próbowałem już zarabiać na życie muzyką â ale to się jeszcze nie udawało. Łapałem się najróżniejszych zajęć. Otrzymanie angażu na stanowisku nauczyciela stało się dla mnie błogosławieństwem, praca dawała poczucie bezpieczeństwa. Mogłem wynająć mieszkanie, kupić samochód i motor. I mój pierwszy Fender Stratocaster.

