21.03.2015, 11:48
BET napisał(a):Tracker, Anno Domini 2015.
Gdy 10 lat temu płynąłem na dźwiękach Why Aye Man w katowickim Spodku widziałem w Knopflerze przede wszystkim świetnego gitarzystę, frontmana, ikonę rockowego świata. Płyty DS i MK praktycznie nie cichły w moich słuchawkach - no, może tylko na te chwile, w których łapałem za gitarę aby nieudolnie naśladować swojego idola.
To pierwsze obcowanie "na żywo" było dla mnie o tyle znamienne, że postawiło przede mną nie tylko dźwięk ale też postać. Człowieka już nie pierwszej młodości, epatującego spokojem i charyzmą. Dodatkowo - sic! - zdającego się być tak daleko od szuflady, w której dotychczas go trzymałem. Wprawdzie grał jak sam szatan, ale...
Czas płynął. Pierwsze życiowe wybory, tak zwana, za Osiecką, "życiowa mądrość" (chcę w to wierzyć) zdawały się skręcać mną w stronę cichszą. Refleksyjną. Spokojniejszą. Subtelniejszą? Przypadek zrządził - tak sądzę - że z kolejnymi krążkami MK szedł ze mną w tą samą stronę.
Przełomem niewątpliwie było KTGC, potem koncert. Wtedy, jako zapalony student anglistyki, zarywałem noce dorabiając interperetacje do każdej linijki Madame's Geneva czy Heart Full of Holes. Dziś, na wspomnienie, uśmiecham się...
Ale jeszcze szerzej uśmiecham się na wspomnienie kolejnych zlotów, spotkań, w Polsce i poza nią. Najjaśniej chyba na wspomnienie trasy Get Lucky i wyjazdu do Londynu z Osobistościami tego Forum. Gdzież ten Knopfler zawędrował?
Zawsze byłem bardziej wyspiarski niż jankeski. Coż. Nie życzę nikomu bólu płynącego podczas słuchania cudownej STP, która jest tak bardzo Mississippi że arghhhhh. To nic. Przyszły Get Lucky i Privateering. Znowu niby przypadkiem - marynistyka gdy akurat pisałem magisterkę o Francis Drake'u! Wtedy też, mniej więcej, zamieniłem na dobre gitarę elektryczną na akustyczną, piwo na whiskey i koszykówkę na nocne spacery.
Dziś słucham Trackera - słucham muzyka, który idzie i kształtuje mnie od ponad 15 lat. Z którym byłem w tak wielu miejscach, z tak wieloma ludźmi. Artysty, który starzeje się razem ze mną. I teraz lepiej rozumiem swojego Tatę i Was, starszych rocznikiem, którzy wspominacie swoje historie i związane z nimi płyty Klenczona, Beatlesów, Floydów.
Nie chcę plebiscytu. Choć oczywiście mogę napisac, że Laughs and Jokes - za Numitorem - to arcydzieło, podobnie jak - przeciw Numitorowi - Wherever I go. A Broken Bones z kolei to fajna piosenka...i już. Ale po co? Dla mnie to jest naprawdę nieistotne.
Dziękuję Opatrzności, że dożyłem kolejnego etapu z pisarzem mojej historii.
BET - powrót w wielkim stylu.
Czekaliśmy na Ciebie, i warto było czekać.
We are the sultans of swing...


) zdawały się skręcać mną w stronę cichszą. Refleksyjną. Spokojniejszą. Subtelniejszą? Przypadek zrządził - tak sądzę - że z kolejnymi krążkami MK szedł ze mną w tą samą stronę.