Zgadzam się z Tobą Numitorze co do niefortunności mojej wypowiedzi. Najwyraźniej brak mi talentu do jasnego formułowania myśli (całe szczęście, że nie tak często piszę na Forum).
Żeby było jasne dla Ciebie i wszystkich Czytelników, bardzo lubię i szanuję muzykę Dylana. I chociaż MK jest moim największym idolem to jadąc na koncert do Berlina byłem niezwykle podekscytowany perspektywą zobaczenia na scenie po raz pierwszy i niewykluczone, że ostatni BD i przyznam, że nawet przez moment zarówno przed jak i w trakcie koncertu nie przyszło mi na myśl żeby opuścić O2 arenę w Berlinie. Chociażby przez szacunek dla jego legendy.
Nie spodziewałem się cudów co do formy wokalnej Dylana (pamiętałem koncert unplugged z początku lat 90-tych, gdzie już było z nią delikatnie mówiąc nie najlepiej). Dlatego też wcale nie rozczarowałem się tym jak zaśpiewał, za to byłem przeszczęśliwy mogąc usłyszeć finałowe „Like Rolling Stone”.
A „największa bzdura jak przeczytałeś na tym Forum”? Cóż… Wzięła się z braku zrozumienia dla sytuacji opisanej przez Mirka w trakcie jednego z koncertów poprzedzających ten w Berlinie. Jeśli dobrze pamiętam Mirek opisał ją słowami „smutne ale prawdziwe”. Pomyślałem dokładnie to samo. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy na scenie stoi jedna z największych legend XX w. a całkiem spora część publiczności odwraca się na pięcie i zaczyna opuszczać salę koncertową?
Nie chcę się podejmować diagnozy tej sytuacji w obawie przed ewentualnym spłodzeniem bzdury, która mogłaby pobić tą, którą byłeś uprzejmy zacytować.
Mogę napisać tylko tyle, że taka reakcja publiczności była dla mnie po pierwsze zaskakująca a po drugie głęboko krzywdząca dla artysty takiego jak Dylan.
Nie chce też wracać do moim zdaniem kompletnie bezcelowej dyskusji jaka wywiązała się po naszym powrocie z Berlina. Przykre jest tylko to, że wielu osobom, w tym także mnie odebrała zupełnie chęć opisania swoich wrażeń z samego koncertu.
Bo tak naprawdę mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że Dylan jest wielkim artystą, z całą pewnością bardziej rozpoznawalnym od Knopflera. I, że pomimo tego, każdy z nas ma prawo lubić bardziej Knopflera, a nawet Muńka Staszczyka czy Michała Wiśniewskiego.
Jeśli z powodu mojej jak już napisałem nie najszczęśliwszej wypowiedzi odniosłeś wrażenie, że wszyscy na tym Forum mają Dylana za skrzeczące beztalencie o pozycji w historii muzyki nie przewyższającej osiedlowych kapel, to mam nadzieję, że ten post miał szansę nieco sprostować całe to zamieszanie, a ja po raz kolejny sypię głowę popiołem.
P.S. Nie jest nigdy miłe czytanie pod swoją wypowiedzią komentarzy, że jest ona największą, kiedykolwiek przeczytaną bzdurą. Wierz mi jednak, że nie mam o to do Ciebie żalu, bo łatwo przyjmuję słuszną krytykę.
Proszę Cię jednak, żebyś na przyszłość przed tak zdecydowanym osądem czyjejś wypowiedzi pokusił się wcześniej o analizę niektórych własnych.
Żeby było jasne dla Ciebie i wszystkich Czytelników, bardzo lubię i szanuję muzykę Dylana. I chociaż MK jest moim największym idolem to jadąc na koncert do Berlina byłem niezwykle podekscytowany perspektywą zobaczenia na scenie po raz pierwszy i niewykluczone, że ostatni BD i przyznam, że nawet przez moment zarówno przed jak i w trakcie koncertu nie przyszło mi na myśl żeby opuścić O2 arenę w Berlinie. Chociażby przez szacunek dla jego legendy.
Nie spodziewałem się cudów co do formy wokalnej Dylana (pamiętałem koncert unplugged z początku lat 90-tych, gdzie już było z nią delikatnie mówiąc nie najlepiej). Dlatego też wcale nie rozczarowałem się tym jak zaśpiewał, za to byłem przeszczęśliwy mogąc usłyszeć finałowe „Like Rolling Stone”.
A „największa bzdura jak przeczytałeś na tym Forum”? Cóż… Wzięła się z braku zrozumienia dla sytuacji opisanej przez Mirka w trakcie jednego z koncertów poprzedzających ten w Berlinie. Jeśli dobrze pamiętam Mirek opisał ją słowami „smutne ale prawdziwe”. Pomyślałem dokładnie to samo. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy na scenie stoi jedna z największych legend XX w. a całkiem spora część publiczności odwraca się na pięcie i zaczyna opuszczać salę koncertową?
Nie chcę się podejmować diagnozy tej sytuacji w obawie przed ewentualnym spłodzeniem bzdury, która mogłaby pobić tą, którą byłeś uprzejmy zacytować.
Mogę napisać tylko tyle, że taka reakcja publiczności była dla mnie po pierwsze zaskakująca a po drugie głęboko krzywdząca dla artysty takiego jak Dylan.
Nie chce też wracać do moim zdaniem kompletnie bezcelowej dyskusji jaka wywiązała się po naszym powrocie z Berlina. Przykre jest tylko to, że wielu osobom, w tym także mnie odebrała zupełnie chęć opisania swoich wrażeń z samego koncertu.
Bo tak naprawdę mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że Dylan jest wielkim artystą, z całą pewnością bardziej rozpoznawalnym od Knopflera. I, że pomimo tego, każdy z nas ma prawo lubić bardziej Knopflera, a nawet Muńka Staszczyka czy Michała Wiśniewskiego.
Jeśli z powodu mojej jak już napisałem nie najszczęśliwszej wypowiedzi odniosłeś wrażenie, że wszyscy na tym Forum mają Dylana za skrzeczące beztalencie o pozycji w historii muzyki nie przewyższającej osiedlowych kapel, to mam nadzieję, że ten post miał szansę nieco sprostować całe to zamieszanie, a ja po raz kolejny sypię głowę popiołem.
P.S. Nie jest nigdy miłe czytanie pod swoją wypowiedzią komentarzy, że jest ona największą, kiedykolwiek przeczytaną bzdurą. Wierz mi jednak, że nie mam o to do Ciebie żalu, bo łatwo przyjmuję słuszną krytykę.
Proszę Cię jednak, żebyś na przyszłość przed tak zdecydowanym osądem czyjejś wypowiedzi pokusił się wcześniej o analizę niektórych własnych.
"And what have you got at the end of the day?
What have you got to take away?
A bottle of whisky and a new set of lies
Blinds on the window and a pain behind the eyes..."
What have you got to take away?
A bottle of whisky and a new set of lies
Blinds on the window and a pain behind the eyes..."

