06.09.2012, 23:28
Już się z tą płytą trochę oswoiłem. Mam swoich faworytów. Nie będę ukrywał, że bluesowe kawałki średnio mi leżą. Zwłaszcza Hot or What, który jest deska w deskę jak You can't be the house. Mark kanibalem swoich piosenek. Płyta jest przyjemna, słucha się ją jednym tchem, lubię przy niej czytać. Ma naprawdę świetne bonusy. Pewnie niedługo poprzewracam kolejnością utworów zaproponowanych przez autora i stworze nie jako "własną" kompozycję.
Jednak z biegiem lat typowej markowej gitary jest coraz mniej, a szkoda, ponieważ pomijając jego talent kompozytorski i tekstowy właśnie za gitarę cenię go najbardziej. Mark się starzeje i da się to odczuć. Czy jest z tego powodu nudny? Myślę, że nie, ale wielu sądzi inaczej. Nie ukrywam, że chciałbym usłyszeć jeszcze nowe markowe ostrzejsze, bardziej gitarowe kawałki, gdzie jego gitara po prostu "śpiewa". Godzę się jednak, że pozostanie to tylko w sferze marzeń, a wtedy po prostu wkładam do odtwarzacza płyty Dire Straits.
Jednak z biegiem lat typowej markowej gitary jest coraz mniej, a szkoda, ponieważ pomijając jego talent kompozytorski i tekstowy właśnie za gitarę cenię go najbardziej. Mark się starzeje i da się to odczuć. Czy jest z tego powodu nudny? Myślę, że nie, ale wielu sądzi inaczej. Nie ukrywam, że chciałbym usłyszeć jeszcze nowe markowe ostrzejsze, bardziej gitarowe kawałki, gdzie jego gitara po prostu "śpiewa". Godzę się jednak, że pozostanie to tylko w sferze marzeń, a wtedy po prostu wkładam do odtwarzacza płyty Dire Straits.

