09.09.2005, 19:34
Pamiętam, jak Kaczor zagrał kilka piosenek ze wieżej wówczas płyty. Byłem akurat na przedłużonych wakacjach w Krynicy. Słuchałem i... nie wierzyłem własnym uszom. To ma być Dire Straits? Brzmienia i harmonie a la Chris Rea, czy Cliff Richard. Wymieszane razem gatunki muzyczne. I do tego podejrzanie mechanicznie brzmišca perkusja... Pisałem wtedy w licie do przyjaciela, że fan kocha miłociš bezwarunkowš, ale... Byłem zaskoczony i trochę rozczarowany.
Wszystko zmieniło się diametralnie 2 lipca 1992 roku. Jechałem z kolegami do Wiednia na koncert Dire Straits. Kiedy zapadł zmierzch, włšczylimy "OES" (kolega był dumnym posiadaczem rzadko jeszcze w Polsce spotykanego samochodowego odtwarzacza CD).
I wiecie co się stało? Usłyszałem zupełnie innš płytę. Nastrojowš, urokliwš i fantastycznie komponujšcš się z mrokiem za oknem. Byłem szczerze zdumiony. Jak ja mogłem nie docenić tego albumu?!
Kiedy wracalimy z koncertu, "OES" grała już na okršgło. Od tamtego czasu najlepiej słucha mi się jej w drodze. Nieważne czy w samochodzie, autobusie czy pocišgu. Byle po zmroku.
Wszystko zmieniło się diametralnie 2 lipca 1992 roku. Jechałem z kolegami do Wiednia na koncert Dire Straits. Kiedy zapadł zmierzch, włšczylimy "OES" (kolega był dumnym posiadaczem rzadko jeszcze w Polsce spotykanego samochodowego odtwarzacza CD).
I wiecie co się stało? Usłyszałem zupełnie innš płytę. Nastrojowš, urokliwš i fantastycznie komponujšcš się z mrokiem za oknem. Byłem szczerze zdumiony. Jak ja mogłem nie docenić tego albumu?!
Kiedy wracalimy z koncertu, "OES" grała już na okršgło. Od tamtego czasu najlepiej słucha mi się jej w drodze. Nieważne czy w samochodzie, autobusie czy pocišgu. Byle po zmroku.

