08.09.2005, 22:15
Nie wiem, czy ktokolwiek to przeczyta, ale w końcu zebrałem sie do napisania paru słów o koncercie w Pradze. Byc może jak poczytam na Forum to jeszcze co zmienie. Odjezdzamy:
Ahoj Praha!!!
W 1996 przeżyłem w tym włanie miesicie swój pierwszy raz na żywo z Markiem Knopflerem, w roku 2003 z wielkim smutkiem musiałem odesłać bilety, z powodów znanych Forumowiczom bardzo dobrze, tak wiec, gdy się dowiedziałem ze w Pradze zagra mój największy z największych od razu zawitała mi w głowie myl-musze tam być!!!
Cudownie się składało, ze Praga była tuz przed polska częciš trasy, wiec miała być moim, a jak się póniej okazało i Dominiki, pierwszym przystankiem na naszej Shangri-La Tour 2005. Ponieważ w grupie zawsze raniej, wiec zapytałem swego czasu Dominiki czy chce tez jechać do Pragi, na co się zgodziła, wiec było już nas dwojeJ Oczywicie Praga ma tez swoje pozakoncertowe zalety i zachęcam wszystkich do odwiedzania jejJ Bilety zamówiłem jeszcze w 2004 roku. Jako wytrawni fani Marka musielimy mieć te miejsca najbliżej sceny i tak się stało. A tak na marginesie nie kumam, jak ludzi mogli płacić 2,5 raza więcej za bilety typu VIP, gdzie mieli, co najmniej 2,5 raza gorszy widok, nie wspominajšc o klimacie przybarierkowym-hihihi. Dotarlimy szczęliwie do Pragi czeskimi lokalnymi liniami kolejowymi przez granice w Kudowie w dniu 3 maja po południu-pogoda dopisywała. W tym miejscu podziękowania dla Bartka (Admina) i mojego wujostwa z Lublina, którzy kurierami w ostatni możliwy dzień 29 kwietnia wysłali mi koszulki Formowe i aparat fotograficzny. Bez nich nie byłoby tak jak było. 4 Maja powięcilimy na pobieżne zapoznanie się z zabytkami miasta i tradycyjna kuchnia czeska-mniam, mniam oraz znalezieniem T-Mobile Arena, najważniejszego miejsca dla nas w stolicy Czech. Ku naszemu zdziwieniu i radoci T-Mobile znajdowała się 20 minut tramwajem od naszego miejsca zamieszkania. Już czwartego jak ja zobaczylimy bylimy bardzo podekscytowani Plan nasz był prosty-trzeba dorwać naszego Mareczka na przed/po próbie dwięku, co by złożył nam jego czcigodne podpisy na płytach i może nawet zdjęcie pozwolił zrobić, nie mówišc o ucisku dłoni (wtedy pewnie bym ja ciachnš siekiera i w ramke-hihihi). W zwišzku z tym zjawilimy się zaopatrzeni we wszystko, co nam potrzeba przed hala o godzinie 12 w południe (koncert startował o 20) i spędzilimy 4 godziny wyczekujšc Mistrza, lecz bez rezultatu... Krotki powrót do domu, pakowanie aparatu do plecaka-(przemyt jak się okazało póniej bez sensu ten cały stres) i znowu bylimy przed T-Mobile o godzinie 18. Ponieważ mielimy miejsce wejcia wyranie oznaczone (jedno z 30) wiec spokojnie stanęlimy w kolejce, a nastrój udzielał się coraz bardziej Wpuszczać zaczęto na 1,5 godziny przed koncertem, jak tylko minęlimy kontrole, to krzyknšłem do Dominiki biegnij ile sil w nogach!, sam wykonujšc niezły sprint. Jaka była nasza radoć, kiedy dopadlimy barierek (bylimy szybsi niż większoć Czechów) i okazało się ze jestemy prawie idealnie naprzeciw Marka w odległoci 2,5-3 metra. Bylimy zszokowani i nie moglimy przez dłuższš chwile uwierzyć naszemu szczęciu. T-Mobile Arena to typowa hala sportowa do gry w hokeja na lodzie (wiadomo narodowy sport Czechów), płyta była podzielona na 2 częci, mała częć tuz przy scenie, to było tzw. stani u podia i reszta oddzielona barierkami i co kilka metrów ochroniarzami. Czas do koncertu minšł na mile pogawędki z fanami ze Słowacji i Niemiec. Okazało się również, ze zakaz robienia zdjęć jest tylko na biletach i jak ujrzałem człowieka z zawieszonym aparatem na szyi, a metr od niego ochroniarza, z zerowa reakcja, po prostu wyjšłem aparat i zaczšłem pstrykać zdjęcia.
Dziesięć po ósmej zgasły wiatła i zaczynajš wychodzić na scenę. Brawa witajš wychodzšcych muzyków i wielka owacja, gdy jako ostatni na scenę wychodzi sam Mistrz. Jeansowe spodnie, czarna koszula, okulary ( w końcu ma się swoje lata-heheheh) buty sportowe i przewieszony przez pier Gibson Les Paul a potem pieć uniesiona w górze-to standardowy gest powitalny i zaczynajš łagodne dwięki przechodzšce w refrenie w ostre rockowe granie-Why Aye Man. Publicznoć klaszcze rytmicznie aczkolwiek zdaje się, ze nie wszyscy znajš solowe dokonania Marka Knopflera. Drugim kawałkiem jest utwór, który zawsze jest drugi od czasów ostatniej trasy Dire Straits-On Every Street Tour w 1992 roku, czyli Walk Of Life. Z biegiem lat zmieniała się lekko aranżacja tego utworu (mnie najbardziej przypasowała super długa wersja z trasy STP) , ale dwa elementy pozostajš niezmienne-motyw klawiszowy Guya Fletchera (przyznam, ze trochę kiczowaty dla mnie ) i gitara Marka Knopflera-czyli czerwony Schecter Telecaster, (chociaż wyglšda zupełnie jak Fender Telecaster). Zdaje się, ze to jedyny utwór, kiedy używa tego instrumentu. Oczywicie prawdziwe powitanie z publicznociš, która owacyjnie przyjmuje Walk Of Life. Gasnš wiatła, i w mroku widać jak Glenn Saggers podaje Mistrzowi kolejna gitarę, tym razem Fendera Stratocastera Red, dostrzegam na główce gryfu autograf Marka, a wiec gra na sygnowany swoim imieniem i nazwiskiem Stracie. A utwór? To energetyzujšcy What It Is! A potem płyniemy do Filadelfii-tytułowa kompozycja z poprzedniego albumu Marka. Pełen melancholii i zadumy kawałek. A ja mam wrazenie, krystalicznie diamentowego dwięku z gitary Knopflera-czego takiego nigdy nie dowiadczyłem na koncercie Sailing To Philadelphia przechodzi w kolejny o podobnym klimacie, tym razem klasyk direstraitsowy-Romeo And Juliet. Mark po raz pierwszy razi po oczach National Steel, model z roku 1936. Kończy się ten utwór, po którym zawsze od pierwszej solowej trasy Mistrza następujš Sułtani Swingu. Kiedy to po raz ostatni, Mark grał Sułtanów dokładnie tak samo jak w roku 1978, czyli w kwartecie na Stratocasterze?! Chyba najstarsi górale tego nie pamiętajš. Wspaniale brzmienie, wspaniale solówki, po prostu klasyk nad klasykami, pierwszy wielki przebój Dire Straits. Kilkuminutowa owacja jest w tym układzie czym zupełnie naturalnym Szkoda tylko, ze od ostatnich dwóch tras koncertowych Mark już nie gra Sułtanów ca 13 minutowych (np. Bazylea92 czy RAH96), tym samym nie popisujšc się swoja olniewajšca gra jak to czynił wczeniej. Aczkolwiek wielki dreszcz emocji, bo to powrót do korzeni, bardzo głębokich korzeni. Owacje trwajš i trwajš, a tu na scenie widać małe przemeblowanie-wjeżdża dodatkowy zestaw perkusyjny a wszyscy muzycy pojawiajš się na proscenium. Mark po raz drugi z National Steel przedstawia każdego z nich-chociaż tak naprawdę real fans znajš ich nazwiska o 3 nad ranemJ. Guy Fletcher z gitara akustyczna, to znak, ze zaraz nastšpi chyba najweselszy fragment koncertu-Done With Bonaparte. Przyznam szczerze, ze kiedy nie przepadałem za tym utworem, ale od pewnego czasu koncertowe Bonaparte po prostu uwielbiam i nie wyobrażam sobie koncertu Mistrza bez tego utworu!
Danny Cummings dalej za dodatkowym zestawem perkusyjnym, a na scenie kolejne zmiany. Pojawia się manager sceny, który przynosi krzesło dla Marka, wtacza na scenę skrzynkę od sprzętu i przynosi kubek z zawartociš Ciekawe, co tam może być-pewnie wszyscy się zastanawiajš? Mark podnosi go do góry i krotko ucina spekulacje fanów: TEA! Łyk herbaty a po nim Piosenka dla Sonego Listona zagrana tylko we trio ze wspomnianym Dannym na perkusji i Glenem Worfem na kontrabasie. Następnie pojawia się na scenie kolejne krzesło i kolejny kubek herbaty. Zasiada na nim Richard Bennet, zdrówko z Markiem i grajš kawałek Donegans Gone z Markiem używajšcym techniki slide na gitarze, którego modelu nie znam-ojej!!! Utwór powoli się kończy a zaraz po nim dalszy cišg siedzšcego grania, bardzo mile zaskoczenia dla fanów, bo z płyty Golden Heart, znakomity utwór Rudiger-rzecz o łowcy autografów, utwór, który Markowi Knopflerowi chodził po głowie, a bynajmniej napisał jego teks jeszcze w latach 80-tyc i jak kiedy powiedział w jednym z wywiadów: nie mógł znaleć odpowiedniej muzyki do niego W końcu skomponował licznš melodie ala bossanova. Owietlenie znowu ganie na dłuższa chwile i w mroku widać jak ekipa techniczna przywraca pierwotny wyglšd sceny a Mark zakłada kolejny model gitary na ramie i mówi, ze oto nastšpi utwór o fast foodzie-Boom Like That. Brzmi bardzo rockowo i jest znakomitym orzewieniem publicznoci a ja po raz kolejny uwiadamiam sobie, że w studio Mark jest dobry, ale tak naprawdę dopiero koncerty pokazujš jak niesamowitej klasy jest on muzykiem . Zaraz po nim Guy Fletcher uruchamia swoje syntezatory, które tworzš prawie transowy podkład a Mark zaczyna Speedway At Nazareth. Najwspanialsze wykonanie, jakie w życiu słyszałem, ten utwór rozrasta się z każdš chwila a gdy dołšcza z żelaznym uderzeniem w bębny Danny Cummings prawdziwa ciana dwięku ze sceny, cos niesamowitego!!! Owacyjna reakcja publicznoci, co akurat mnie nie dziw, po takim wymiataniu!!! Ale naprawdę Speedway zapiera wielu fanom dech w piersiach. Po tak genialnym wykonaniu mogło nastšpić tylko jeszcze cos bardziej wspaniałego. Mój największy z największych, najcudowniejszy z cudownych-Telegraph Road. Wszelkie komentarze sš tu zbyteczne Niestety "Telegraf" oznacza ze zwykle zbliża się już ku końcowi uczta muzyczna z Panem Knopflerem w roli głównej. I tak się dzieje. Owacja na stojšco, muzycy żegnajš się z nami i schodzš ze sceny. Ale wiadomo, ze to na szczęcie nie koniec. Zamiana garderoby na cos lżejszego-MK w tradycyjnym t-shircie i zaskoczenie po raz kolejny, bo nie dwięki klawiszy, ale z tzw. bomby, czyli od pierwszego takty gitary, MK zaczyna grac jeden z najwspanialszych utworów wszechczasow-Brothers In Arms. Sala pokrywa się płomieniami zapalniczek, wzruszenie i cisza na widowni. Towarzysze Broni odchodzš w dal a chwilek potem wielki rockowy kop, ryk na widowni, sala faluje w rytm Pieniędzy za nic. Legendarny riff gitarowy a Richard Bennet na dzwonku alpejskim! Pierwszy raz słyszałem M4N w wersji na jedna gitarę, ale nic a nic nie stracił ten utwór ze swojej atomowej energii. Po tym utworze pożegnanie z publicznoci po raz drugi, wród wrzasków rozentuzjazmowanego tłumu. Czyżby koniec? Nie! Wychodza znowu, kolejna gitara na ramieniu Mareczka i grajš następny standard "Dajerowy": So Far Away, a na zakończenie po naradzie na scenie wielka niespodzianka w postaci Our Shangri-La, kawałek, który włanie w Pradze wrócił do zestawu (z fenomenalna partia fortepianu Matta Rollingsa,), piękne, łagodne zakończenie perfekcyjnego dnia dla wszystkich surferow po twórczoci Mistrza
Był to dzień, kiedy moje marzenia się spełniły po raz 3, bo zawsze marzyłem o tym by być na koncercie Marka jak najbliżej niego i to się udało. Do tego udało się mi zrobić kilkadziesišt zdjęć z koncertu, o czym nawet w najmilszych snach bym nie nił. Z tymi zdjęciami to trochę zabawna historia, ponieważ jak biegiem dotarlimy do sceny okazało się ze Dominika będzie oparta o barierki a ja stałem tuz za niš i pomylałem, żeby to ona robiła zdjęcia. Jednakże jak tylko pojawili się na scenie, Mark, to jakby zahipnotyzował ja i powiem szczerze stała tak bez ruchu praktycznie cały koncert wpatrujšc się w scenę, nie było innego wyjcia-amator Pablosan zajšł się fotografowaniem-hihihi Dodatkowo bylimy tam z Dominika w naszych Formowych koszulkach. Czyż to nie piękne ? A potem powrót do domu i o godzinie 2 w nocy wyruszylimy na dalszy etap naszego szlaku, lecz to już zupełnie inna historia...
Ahoj Praha!!!
W 1996 przeżyłem w tym włanie miesicie swój pierwszy raz na żywo z Markiem Knopflerem, w roku 2003 z wielkim smutkiem musiałem odesłać bilety, z powodów znanych Forumowiczom bardzo dobrze, tak wiec, gdy się dowiedziałem ze w Pradze zagra mój największy z największych od razu zawitała mi w głowie myl-musze tam być!!!
Cudownie się składało, ze Praga była tuz przed polska częciš trasy, wiec miała być moim, a jak się póniej okazało i Dominiki, pierwszym przystankiem na naszej Shangri-La Tour 2005. Ponieważ w grupie zawsze raniej, wiec zapytałem swego czasu Dominiki czy chce tez jechać do Pragi, na co się zgodziła, wiec było już nas dwojeJ Oczywicie Praga ma tez swoje pozakoncertowe zalety i zachęcam wszystkich do odwiedzania jejJ Bilety zamówiłem jeszcze w 2004 roku. Jako wytrawni fani Marka musielimy mieć te miejsca najbliżej sceny i tak się stało. A tak na marginesie nie kumam, jak ludzi mogli płacić 2,5 raza więcej za bilety typu VIP, gdzie mieli, co najmniej 2,5 raza gorszy widok, nie wspominajšc o klimacie przybarierkowym-hihihi. Dotarlimy szczęliwie do Pragi czeskimi lokalnymi liniami kolejowymi przez granice w Kudowie w dniu 3 maja po południu-pogoda dopisywała. W tym miejscu podziękowania dla Bartka (Admina) i mojego wujostwa z Lublina, którzy kurierami w ostatni możliwy dzień 29 kwietnia wysłali mi koszulki Formowe i aparat fotograficzny. Bez nich nie byłoby tak jak było. 4 Maja powięcilimy na pobieżne zapoznanie się z zabytkami miasta i tradycyjna kuchnia czeska-mniam, mniam oraz znalezieniem T-Mobile Arena, najważniejszego miejsca dla nas w stolicy Czech. Ku naszemu zdziwieniu i radoci T-Mobile znajdowała się 20 minut tramwajem od naszego miejsca zamieszkania. Już czwartego jak ja zobaczylimy bylimy bardzo podekscytowani Plan nasz był prosty-trzeba dorwać naszego Mareczka na przed/po próbie dwięku, co by złożył nam jego czcigodne podpisy na płytach i może nawet zdjęcie pozwolił zrobić, nie mówišc o ucisku dłoni (wtedy pewnie bym ja ciachnš siekiera i w ramke-hihihi). W zwišzku z tym zjawilimy się zaopatrzeni we wszystko, co nam potrzeba przed hala o godzinie 12 w południe (koncert startował o 20) i spędzilimy 4 godziny wyczekujšc Mistrza, lecz bez rezultatu... Krotki powrót do domu, pakowanie aparatu do plecaka-(przemyt jak się okazało póniej bez sensu ten cały stres) i znowu bylimy przed T-Mobile o godzinie 18. Ponieważ mielimy miejsce wejcia wyranie oznaczone (jedno z 30) wiec spokojnie stanęlimy w kolejce, a nastrój udzielał się coraz bardziej Wpuszczać zaczęto na 1,5 godziny przed koncertem, jak tylko minęlimy kontrole, to krzyknšłem do Dominiki biegnij ile sil w nogach!, sam wykonujšc niezły sprint. Jaka była nasza radoć, kiedy dopadlimy barierek (bylimy szybsi niż większoć Czechów) i okazało się ze jestemy prawie idealnie naprzeciw Marka w odległoci 2,5-3 metra. Bylimy zszokowani i nie moglimy przez dłuższš chwile uwierzyć naszemu szczęciu. T-Mobile Arena to typowa hala sportowa do gry w hokeja na lodzie (wiadomo narodowy sport Czechów), płyta była podzielona na 2 częci, mała częć tuz przy scenie, to było tzw. stani u podia i reszta oddzielona barierkami i co kilka metrów ochroniarzami. Czas do koncertu minšł na mile pogawędki z fanami ze Słowacji i Niemiec. Okazało się również, ze zakaz robienia zdjęć jest tylko na biletach i jak ujrzałem człowieka z zawieszonym aparatem na szyi, a metr od niego ochroniarza, z zerowa reakcja, po prostu wyjšłem aparat i zaczšłem pstrykać zdjęcia.
Dziesięć po ósmej zgasły wiatła i zaczynajš wychodzić na scenę. Brawa witajš wychodzšcych muzyków i wielka owacja, gdy jako ostatni na scenę wychodzi sam Mistrz. Jeansowe spodnie, czarna koszula, okulary ( w końcu ma się swoje lata-heheheh) buty sportowe i przewieszony przez pier Gibson Les Paul a potem pieć uniesiona w górze-to standardowy gest powitalny i zaczynajš łagodne dwięki przechodzšce w refrenie w ostre rockowe granie-Why Aye Man. Publicznoć klaszcze rytmicznie aczkolwiek zdaje się, ze nie wszyscy znajš solowe dokonania Marka Knopflera. Drugim kawałkiem jest utwór, który zawsze jest drugi od czasów ostatniej trasy Dire Straits-On Every Street Tour w 1992 roku, czyli Walk Of Life. Z biegiem lat zmieniała się lekko aranżacja tego utworu (mnie najbardziej przypasowała super długa wersja z trasy STP) , ale dwa elementy pozostajš niezmienne-motyw klawiszowy Guya Fletchera (przyznam, ze trochę kiczowaty dla mnie ) i gitara Marka Knopflera-czyli czerwony Schecter Telecaster, (chociaż wyglšda zupełnie jak Fender Telecaster). Zdaje się, ze to jedyny utwór, kiedy używa tego instrumentu. Oczywicie prawdziwe powitanie z publicznociš, która owacyjnie przyjmuje Walk Of Life. Gasnš wiatła, i w mroku widać jak Glenn Saggers podaje Mistrzowi kolejna gitarę, tym razem Fendera Stratocastera Red, dostrzegam na główce gryfu autograf Marka, a wiec gra na sygnowany swoim imieniem i nazwiskiem Stracie. A utwór? To energetyzujšcy What It Is! A potem płyniemy do Filadelfii-tytułowa kompozycja z poprzedniego albumu Marka. Pełen melancholii i zadumy kawałek. A ja mam wrazenie, krystalicznie diamentowego dwięku z gitary Knopflera-czego takiego nigdy nie dowiadczyłem na koncercie Sailing To Philadelphia przechodzi w kolejny o podobnym klimacie, tym razem klasyk direstraitsowy-Romeo And Juliet. Mark po raz pierwszy razi po oczach National Steel, model z roku 1936. Kończy się ten utwór, po którym zawsze od pierwszej solowej trasy Mistrza następujš Sułtani Swingu. Kiedy to po raz ostatni, Mark grał Sułtanów dokładnie tak samo jak w roku 1978, czyli w kwartecie na Stratocasterze?! Chyba najstarsi górale tego nie pamiętajš. Wspaniale brzmienie, wspaniale solówki, po prostu klasyk nad klasykami, pierwszy wielki przebój Dire Straits. Kilkuminutowa owacja jest w tym układzie czym zupełnie naturalnym Szkoda tylko, ze od ostatnich dwóch tras koncertowych Mark już nie gra Sułtanów ca 13 minutowych (np. Bazylea92 czy RAH96), tym samym nie popisujšc się swoja olniewajšca gra jak to czynił wczeniej. Aczkolwiek wielki dreszcz emocji, bo to powrót do korzeni, bardzo głębokich korzeni. Owacje trwajš i trwajš, a tu na scenie widać małe przemeblowanie-wjeżdża dodatkowy zestaw perkusyjny a wszyscy muzycy pojawiajš się na proscenium. Mark po raz drugi z National Steel przedstawia każdego z nich-chociaż tak naprawdę real fans znajš ich nazwiska o 3 nad ranemJ. Guy Fletcher z gitara akustyczna, to znak, ze zaraz nastšpi chyba najweselszy fragment koncertu-Done With Bonaparte. Przyznam szczerze, ze kiedy nie przepadałem za tym utworem, ale od pewnego czasu koncertowe Bonaparte po prostu uwielbiam i nie wyobrażam sobie koncertu Mistrza bez tego utworu!
Danny Cummings dalej za dodatkowym zestawem perkusyjnym, a na scenie kolejne zmiany. Pojawia się manager sceny, który przynosi krzesło dla Marka, wtacza na scenę skrzynkę od sprzętu i przynosi kubek z zawartociš Ciekawe, co tam może być-pewnie wszyscy się zastanawiajš? Mark podnosi go do góry i krotko ucina spekulacje fanów: TEA! Łyk herbaty a po nim Piosenka dla Sonego Listona zagrana tylko we trio ze wspomnianym Dannym na perkusji i Glenem Worfem na kontrabasie. Następnie pojawia się na scenie kolejne krzesło i kolejny kubek herbaty. Zasiada na nim Richard Bennet, zdrówko z Markiem i grajš kawałek Donegans Gone z Markiem używajšcym techniki slide na gitarze, którego modelu nie znam-ojej!!! Utwór powoli się kończy a zaraz po nim dalszy cišg siedzšcego grania, bardzo mile zaskoczenia dla fanów, bo z płyty Golden Heart, znakomity utwór Rudiger-rzecz o łowcy autografów, utwór, który Markowi Knopflerowi chodził po głowie, a bynajmniej napisał jego teks jeszcze w latach 80-tyc i jak kiedy powiedział w jednym z wywiadów: nie mógł znaleć odpowiedniej muzyki do niego W końcu skomponował licznš melodie ala bossanova. Owietlenie znowu ganie na dłuższa chwile i w mroku widać jak ekipa techniczna przywraca pierwotny wyglšd sceny a Mark zakłada kolejny model gitary na ramie i mówi, ze oto nastšpi utwór o fast foodzie-Boom Like That. Brzmi bardzo rockowo i jest znakomitym orzewieniem publicznoci a ja po raz kolejny uwiadamiam sobie, że w studio Mark jest dobry, ale tak naprawdę dopiero koncerty pokazujš jak niesamowitej klasy jest on muzykiem . Zaraz po nim Guy Fletcher uruchamia swoje syntezatory, które tworzš prawie transowy podkład a Mark zaczyna Speedway At Nazareth. Najwspanialsze wykonanie, jakie w życiu słyszałem, ten utwór rozrasta się z każdš chwila a gdy dołšcza z żelaznym uderzeniem w bębny Danny Cummings prawdziwa ciana dwięku ze sceny, cos niesamowitego!!! Owacyjna reakcja publicznoci, co akurat mnie nie dziw, po takim wymiataniu!!! Ale naprawdę Speedway zapiera wielu fanom dech w piersiach. Po tak genialnym wykonaniu mogło nastšpić tylko jeszcze cos bardziej wspaniałego. Mój największy z największych, najcudowniejszy z cudownych-Telegraph Road. Wszelkie komentarze sš tu zbyteczne Niestety "Telegraf" oznacza ze zwykle zbliża się już ku końcowi uczta muzyczna z Panem Knopflerem w roli głównej. I tak się dzieje. Owacja na stojšco, muzycy żegnajš się z nami i schodzš ze sceny. Ale wiadomo, ze to na szczęcie nie koniec. Zamiana garderoby na cos lżejszego-MK w tradycyjnym t-shircie i zaskoczenie po raz kolejny, bo nie dwięki klawiszy, ale z tzw. bomby, czyli od pierwszego takty gitary, MK zaczyna grac jeden z najwspanialszych utworów wszechczasow-Brothers In Arms. Sala pokrywa się płomieniami zapalniczek, wzruszenie i cisza na widowni. Towarzysze Broni odchodzš w dal a chwilek potem wielki rockowy kop, ryk na widowni, sala faluje w rytm Pieniędzy za nic. Legendarny riff gitarowy a Richard Bennet na dzwonku alpejskim! Pierwszy raz słyszałem M4N w wersji na jedna gitarę, ale nic a nic nie stracił ten utwór ze swojej atomowej energii. Po tym utworze pożegnanie z publicznoci po raz drugi, wród wrzasków rozentuzjazmowanego tłumu. Czyżby koniec? Nie! Wychodza znowu, kolejna gitara na ramieniu Mareczka i grajš następny standard "Dajerowy": So Far Away, a na zakończenie po naradzie na scenie wielka niespodzianka w postaci Our Shangri-La, kawałek, który włanie w Pradze wrócił do zestawu (z fenomenalna partia fortepianu Matta Rollingsa,), piękne, łagodne zakończenie perfekcyjnego dnia dla wszystkich surferow po twórczoci Mistrza
Był to dzień, kiedy moje marzenia się spełniły po raz 3, bo zawsze marzyłem o tym by być na koncercie Marka jak najbliżej niego i to się udało. Do tego udało się mi zrobić kilkadziesišt zdjęć z koncertu, o czym nawet w najmilszych snach bym nie nił. Z tymi zdjęciami to trochę zabawna historia, ponieważ jak biegiem dotarlimy do sceny okazało się ze Dominika będzie oparta o barierki a ja stałem tuz za niš i pomylałem, żeby to ona robiła zdjęcia. Jednakże jak tylko pojawili się na scenie, Mark, to jakby zahipnotyzował ja i powiem szczerze stała tak bez ruchu praktycznie cały koncert wpatrujšc się w scenę, nie było innego wyjcia-amator Pablosan zajšł się fotografowaniem-hihihi Dodatkowo bylimy tam z Dominika w naszych Formowych koszulkach. Czyż to nie piękne ? A potem powrót do domu i o godzinie 2 w nocy wyruszylimy na dalszy etap naszego szlaku, lecz to już zupełnie inna historia...
A long time ago came a man on a track...

