05.09.2005, 22:36
Jeśli chodzi o Yes to sami musicie przyznać iż jest to bardziej złożony element muzycznej układanki niż kiedykowiek był nim Dire Straits. O ile Mark był (jest) indywidualością która w Dire nie miała w sobie równych (tzn. muzycy z nim grający nie staniowili dla niego jakiejkolwiek konkurencji artystycznej) tak Anderson w Yes miał od samego początku przynajmniej kilku (że wspomnę odwieczne konflikty z panami Squire'em, Howe'm czy Wakemanem które ciągną się do dziś, choć nie tylko oni mieli z Andersonem "na pieńku") konkurentów chcących urzeczywistniać swoje indywidualne koncepcje i wizje muzyczne. Prawdpodobnie ambicja/e więcej niż jednego muzyka uczyniła z Yes wykonawcę ponadczasowym. Stąd te wszystkie sukcesy, konflikty, muzyka, fani, rozcarowania, wzloty i upadki. Yes na pewno nie jest zespołem bez wad, ale jak to niegdyś ujął David Gilmour "wzajemna krytyka jest pobudzeniem do działania w najlepszym tego słowa znaczeniu".
Pomimo tego kocham w nich tę SYMFONICZNOŚĆ i PRZESTRZEĆ którą potrafili wytworzyć wokół swoich utworów (w tym momencie jestem nieobiektywny gdyż w moich słuchawkach rozbrzmiewa właśnie "The South Side Of The Sky").
Chciałbym aby mój okres dojrzewania przypadał na poczatek lat 70-tych i abym urodził się na Wyspach... Mój rok urodzenia przypadł wprawdzie na rok wydania "The Wall" i "Danger Money", ale okres dojrzeania trafił na świetność Europe i Modern Talking a o oświadczynach przed kobietą mojego życia myślę przy "fenomenie Mandayny" (jak to okreslił wczoraj Piotr Metz do którego przez to stwierdzenie straciłem WSZELKI I JAKIKOLWIEK SZACUNEK). Ból łapie za serce a łzy cisną się na oczy....
Na szczęście koncert Andersona już za 6 dni...
Patique
Pomimo tego kocham w nich tę SYMFONICZNOŚĆ i PRZESTRZEĆ którą potrafili wytworzyć wokół swoich utworów (w tym momencie jestem nieobiektywny gdyż w moich słuchawkach rozbrzmiewa właśnie "The South Side Of The Sky").
Chciałbym aby mój okres dojrzewania przypadał na poczatek lat 70-tych i abym urodził się na Wyspach... Mój rok urodzenia przypadł wprawdzie na rok wydania "The Wall" i "Danger Money", ale okres dojrzeania trafił na świetność Europe i Modern Talking a o oświadczynach przed kobietą mojego życia myślę przy "fenomenie Mandayny" (jak to okreslił wczoraj Piotr Metz do którego przez to stwierdzenie straciłem WSZELKI I JAKIKOLWIEK SZACUNEK). Ból łapie za serce a łzy cisną się na oczy....
Na szczęście koncert Andersona już za 6 dni...
Patique

