Light of... [wstawić odpowiadające rzeczywistości].
Jej/jego imię jest jak wiatr.
Unosi się nad dachami spokojnej, nadmorskiej mieściny, która nie wiedzieć czemu nie została dotąd odkryta przez wieszcza.
Pamięć pozwala znów zanurzyć się w wody tej samej rzeki.
To było przecież tak... niedawno?
Czas w rytmie cza-cza.
Trwający od trochę szybszego Paula (tego od Anki oczywiście), który żalił się, że Carol "treat me cruel" i w dodatku "hurt me and you make me cry" (https://www.youtube.com/watch?v=4XHe6dSngt0#t=1m29s.).
Poprzez Marino Marini, który płakał, że odjedzie, ale chociaż prawie odjechał mu autobus, niedługo wróci miłości śladem (https://www.youtube.com/watch?v=XuAaVVPEGoY).
Aż do McCartneyowskiej Jude, której Hey śpiewali wszyscy Wielcy (włącznie z Markiem https://www.youtube.com/watch?v=PgJQ6LQ8x1E#t=4m42s.).
Wstępując w tym samym stylu do nadmorskiej kawiarenki wraz z tysiącletnią Ireną Santor (https://www.youtube.com/watch?v=yxP__4gSjjA#t=1m41s.) widzimy, że nie wszystko złoto, co podobnie brzmi.
Chociaż wielu już rzeźbiło wiosłem w nurcie rytmu cza-czy, mało kto jednak potrafi płynąć z prądem tak jak Mark, tworząc na bieżąco przyjemne wspomnienia.
Wyrzucane na brzeg jak wskazówki dla wytrawnych trackerów, podążających śladami niby znanymi, a paradoksalnie tak wyraziście i rozpoznawalnie... świeżymi.
The best of the best of the master of cza-cza.
Bardziej amerykański niż sam Willie Nelson, który twierdził, że Ty, właśnie Ty jesteś (https://www.youtube.com/watch?v=R7f189Z0v0Y)... Always On My Mind.
Moja Taomino!
Raise their hands to hail another king.
He came, he saw, he conquered.
Jej równy, spokojny blask może wręcz oślepić poukładaną choć doskonale zagraną niezaradnością.
Marka sama w sobie.
Jak dotąd największy skarb, jaki udało mi się znaleźć...
Moja Taomina.
Maleńka, jesteś Wielka.
Jej/jego imię jest jak wiatr.
Unosi się nad dachami spokojnej, nadmorskiej mieściny, która nie wiedzieć czemu nie została dotąd odkryta przez wieszcza.
Pamięć pozwala znów zanurzyć się w wody tej samej rzeki.
To było przecież tak... niedawno?
Czas w rytmie cza-cza.
Trwający od trochę szybszego Paula (tego od Anki oczywiście), który żalił się, że Carol "treat me cruel" i w dodatku "hurt me and you make me cry" (https://www.youtube.com/watch?v=4XHe6dSngt0#t=1m29s.).
Poprzez Marino Marini, który płakał, że odjedzie, ale chociaż prawie odjechał mu autobus, niedługo wróci miłości śladem (https://www.youtube.com/watch?v=XuAaVVPEGoY).
Aż do McCartneyowskiej Jude, której Hey śpiewali wszyscy Wielcy (włącznie z Markiem https://www.youtube.com/watch?v=PgJQ6LQ8x1E#t=4m42s.).
Wstępując w tym samym stylu do nadmorskiej kawiarenki wraz z tysiącletnią Ireną Santor (https://www.youtube.com/watch?v=yxP__4gSjjA#t=1m41s.) widzimy, że nie wszystko złoto, co podobnie brzmi.
Chociaż wielu już rzeźbiło wiosłem w nurcie rytmu cza-czy, mało kto jednak potrafi płynąć z prądem tak jak Mark, tworząc na bieżąco przyjemne wspomnienia.
Wyrzucane na brzeg jak wskazówki dla wytrawnych trackerów, podążających śladami niby znanymi, a paradoksalnie tak wyraziście i rozpoznawalnie... świeżymi.
The best of the best of the master of cza-cza.
Bardziej amerykański niż sam Willie Nelson, który twierdził, że Ty, właśnie Ty jesteś (https://www.youtube.com/watch?v=R7f189Z0v0Y)... Always On My Mind.
Moja Taomino!
Raise their hands to hail another king.
He came, he saw, he conquered.
Jej równy, spokojny blask może wręcz oślepić poukładaną choć doskonale zagraną niezaradnością.
Marka sama w sobie.
Jak dotąd największy skarb, jaki udało mi się znaleźć...
Moja Taomina.
Maleńka, jesteś Wielka.

