W końcu weszła i ona ……..
Figury Sade mogła by pozazdrościć nie jedna nastolatka, głosu Sade mogła by pozazdrościć nie jedna panująca gwiazdeczka, natomiast magii muzycznej możecie Wy mi pozazdrościć, bo naprawdę było czego. Dżwięk niezmiernie sterylny , wszystko dopieszczone do ostatniego detalu. Nikt się nie spieszył, ręce na gryfach w pozycji stojącej, nieruchomej, jeden palec w obiegu , w zlotach dwa. Jak oni to robią , że zasadniczo nikt się nie porusza po gryfach , a wychodzi z tego mistrzowska muzyka , która zawirowuje mózg. I ten rytm, niepowtarzalny na świecie, klimatyczny, odlotowy i charyzmatyczny. Sekcja rytmiczna, w składzie dwóch czarnych muzyków, w których płyneła czarna muzyczna krew. To są ludzie , którzy to czują i kochają. Padają pierwsze słowa z ust Sade – „Mein Berlin” – publiczność szaleje. Stopa perkusji powoduje uniesienie w górę mojego żołądka , a on jak balonik unosi mnie całego do pozycji stojącej i pozostałe 18 tys ludzi. Fruwamy, wśród dżwięków ,na które nie ma słów krytyki. Muzycy na specjalnych wysuwanych spod sceny platformach podkręcają jeszcze wrażenia wizualne , i ta magia wysublimowanych świateł wchłaniających nas w świat muzyki Sade. Kurde – czarowali i tak zostało już do końca koncertu. Charakterystyka koncertu bardzo różnorodna – było wszystko począwszy od klimatycznych numerów z samym pianem Fendera i saksofonem tenorowym, do pełnych rytmicznych brzmień całego muzycznego teamu i jej pełnej wirtuozerii. Kapitalne wstawki zasłon sceny z wyświetlanymi filmikami krótkometrażowymi oddającym klimat utworu(widać ten efekt na moich zdjęciach), ale wszystko z umiarem , wyważone , nie przesadzone , wręcz z odłamkami małego niedosytu. To ważny element koncertu , odsyłający nas do osobistych wrażeń, emocji i odbierania doznań muzycznych. Powalała na nogi skromność Sade. Ciągle odnosiło się wrażenie , że nam publiczności usługuje i podkreślała, że to my jesteśmy tu najważniejsi.
Wybaczcie , że nie podam Wam set listy – mój angielski , a właściwie jego brak eliminuje mnie z tego zadania. W necie też nie mogę tego znaleźć. Cały ten koncert był zahipnotyzowany. Na nogi dopiero postawił mnie powrót do domu, gdy przekroczyłem granicę i wjechałem do mojego szarego , brudnego miasteczka , gdzie całe szczęście zgaszone nocą światła przykryły niedociągnięcia lokalnej władzy samorządowej. Uffff - koniec z wielkim światem…”Teraz Polska”
Tylko mój podwórkowy kot o (w)dźwięcznym imieniu PUZON plątał mi się z radości między nogami wykazując zadowolenie z naszego powrotu do domu.
Figury Sade mogła by pozazdrościć nie jedna nastolatka, głosu Sade mogła by pozazdrościć nie jedna panująca gwiazdeczka, natomiast magii muzycznej możecie Wy mi pozazdrościć, bo naprawdę było czego. Dżwięk niezmiernie sterylny , wszystko dopieszczone do ostatniego detalu. Nikt się nie spieszył, ręce na gryfach w pozycji stojącej, nieruchomej, jeden palec w obiegu , w zlotach dwa. Jak oni to robią , że zasadniczo nikt się nie porusza po gryfach , a wychodzi z tego mistrzowska muzyka , która zawirowuje mózg. I ten rytm, niepowtarzalny na świecie, klimatyczny, odlotowy i charyzmatyczny. Sekcja rytmiczna, w składzie dwóch czarnych muzyków, w których płyneła czarna muzyczna krew. To są ludzie , którzy to czują i kochają. Padają pierwsze słowa z ust Sade – „Mein Berlin” – publiczność szaleje. Stopa perkusji powoduje uniesienie w górę mojego żołądka , a on jak balonik unosi mnie całego do pozycji stojącej i pozostałe 18 tys ludzi. Fruwamy, wśród dżwięków ,na które nie ma słów krytyki. Muzycy na specjalnych wysuwanych spod sceny platformach podkręcają jeszcze wrażenia wizualne , i ta magia wysublimowanych świateł wchłaniających nas w świat muzyki Sade. Kurde – czarowali i tak zostało już do końca koncertu. Charakterystyka koncertu bardzo różnorodna – było wszystko począwszy od klimatycznych numerów z samym pianem Fendera i saksofonem tenorowym, do pełnych rytmicznych brzmień całego muzycznego teamu i jej pełnej wirtuozerii. Kapitalne wstawki zasłon sceny z wyświetlanymi filmikami krótkometrażowymi oddającym klimat utworu(widać ten efekt na moich zdjęciach), ale wszystko z umiarem , wyważone , nie przesadzone , wręcz z odłamkami małego niedosytu. To ważny element koncertu , odsyłający nas do osobistych wrażeń, emocji i odbierania doznań muzycznych. Powalała na nogi skromność Sade. Ciągle odnosiło się wrażenie , że nam publiczności usługuje i podkreślała, że to my jesteśmy tu najważniejsi.
Wybaczcie , że nie podam Wam set listy – mój angielski , a właściwie jego brak eliminuje mnie z tego zadania. W necie też nie mogę tego znaleźć. Cały ten koncert był zahipnotyzowany. Na nogi dopiero postawił mnie powrót do domu, gdy przekroczyłem granicę i wjechałem do mojego szarego , brudnego miasteczka , gdzie całe szczęście zgaszone nocą światła przykryły niedociągnięcia lokalnej władzy samorządowej. Uffff - koniec z wielkim światem…”Teraz Polska”
Tylko mój podwórkowy kot o (w)dźwięcznym imieniu PUZON plątał mi się z radości między nogami wykazując zadowolenie z naszego powrotu do domu.
We are the sultans of swing...

