6. Wszystko co piękne niestety bardzo szybko się kończy - mam wrażenie, że dzisiejszy koncert trwał dokładnie pięć niesamowitych minut, czas względnym bardzo jest... Światła zapalają się, chyba trzeba wstać z tych zacnych, czerwonych siedzeń. Czy na pewno ? Mirek obok nadal siedzi wpatrzony, Wacek gorąco dyskutuje z Francuzem obok, jakaś magnetyczna siła trzyma nas zauroczonych...
Wychodzimy na korytarz aby spotkać całą naszą załogę, powtórka powitania z Jambo i Sarą, dzielimy się na gorąco naszymi odczuciami. Chwileczkę - Ptysia coś bladziutko wygląda - po dwu godzinach koncertu odpuściły leki, gorączka dochodzi do 38 stopni - kierujemy ją szybko do hostelu i pod kołderkę…
Szukamy Lamento - mamy przecież dla niego wyjątkowy prezent - sławną raingodową koszulkę. Powoli kierujemy się do wyjścia oglądając się dookoła - przecież był przed koncertem i machał nam z najwyższej loży RAH. Na zewnątrz stoimy jeszcze dłuższą chwilkę dyskutując, robimy pamiątkowe zdjęcia, obok stoi grupka Włochów. Mirek sobą by nie był gdyby nie podszedł i nie zagadał - to przecież jego druga ojczyzna jest ! Słychać entuzjastyczne wypowiedzi - niestety nie potrafię zacytować, bliższy mi język wyspiarzy. Po dłuższej chwili pada pomysł wymiany międzynarodowej - nie ma Lamento to Włocha obdarujemy naszą forumową koszulką. Nasz knopflerowy ziomek bardzo mile zaskoczony - dziękuje stukrotnie i prawie zdejmuje marynarkę aby nałożyć czerwone cudo...
Jeszcze kilka klimatycznych zdjęć budynku w świetle nocnym ( Romek to dopiero porobił fotki...) i powoli kierujemy się w stronę miejsca stacjonowania naszej drużyny - tym razem na piechotkę. Po przejściu jakichś 500 metrów orientujemy się, że przecież nie ma z nami Ptysi - kurcze dziewczyna ma gorączkę, nie wiadomo co się z nią dzieje ! W tym momencie po raz pierwszy (nie ostatni) tej nocy imponuje mi Wacek - momentalnie deklaruje się wyruszyć na poszukiwania zaginionej. Po chwili zastanowienia przystajemy na to - on ma wśród nas największe doświadczenie w poruszaniu się po Londynie i najlepiej zna język. Startuje zatem sam na akcję poszukiwawczą.
Północ, pada deszcz, środek Hyde Parku, ciemno, a obok nas, co chwilkę przejeżdża rower lub przebiega dziewczyna ze słuchawkami na uszach - nie do pomyślenia w naszym Parku Szczytnickim. To jest jednak inny świat...
Po kilkunastu minutach dzwoni Wacek z dobrą nowiną - znalazł Ptysię w połowie drogi do stacji metra - wracała gdyż kolejka już o tej porze nieczynna - kamień z serca.
Po drodze szukamy z Romkiem ładnych, nocnych plenerów wśród urokliwych uliczek tego niezwykłego miasta. A samochody ? Co krok to jakieś Ferrari, Masserati, Astony Martiny czy inne Bugatti - kompletny zawrót głowy. Wszystkie autka, nie tylko te niemożliwe drogie, są tutaj pięknie umyte i nawoskowane - nie do końca znam przyczyny ale podoba mi się takie traktowanie czterech kółek. Tu powołam się na niezwykłe oko Anroma - ma w swojej kolekcji fotkę szeregu londyńskich taksówek - genialny klimat...
Po tych wszystkich emocjach związanych z koncertem i godzinnym, nocnym spacerze wypada coś wrzucić na ruszt, ulubiona knajpka jest przecież po drodze...Tym razem zamawiamy pity na wynos, Grzesiu idzie na stronę odcedzić kartofelki. Nagle słyszę głośny okrzyk na ulicy - panowie zza 1,5 metrowej lady odpowiadają coś po swojemu i przeskakują ją goniąc na złamanie karku. Kurcze co się dzieje, noc, obce miasto, zadyma na całego, jeszcze guza można zarobić - biorę nogi za pas...Zatrzymuję się w bezpiecznej odległości obserwując przebieg wydarzeń. Panowie po krótkiej szamotaninie i głośnej wymianie zdań wracają do lokalu. Mi odechciewa się jednak jeść....
Grzegorz w tym czasie nieświadomy niczego wychodzi z WC, płaci za swoją pitę, otrzymuje trzy, ale kłócił się przecież nie będzie...
Trochę zbladł jak mu opowiedziałem co się działo ale wszystko dobre co się dobrze kończy - dwie darmowe pity smakowały wyśmienicie
Spotykamy się w pubie, przy London Pride, tudzież znienawidzonej przez barmana herbacie. Długo w noc snujemy nasze knopflerowe opowieści, mimo ogromnych trudności z gardłem staram się włączać do dyskusji - niestety oczy zamykają się same...Mimo szczerych chęci przegrywam walkę z Morfeuszem - żegnam się z wczesno-rannymi odlatywaczami i idę spać. Rano dowiaduję się, że Wacek do bladego świtu uczestniczył w rozmowach, potem odprowadził na autobus Ptysie, Jambo i Sarę, następnie Mr Jasinskiego oraz Mirka. A przecież kolejny dzień pełen atrakcji i Wacek rano jest gotowy na wszystko mimo, że przytulił głowę do poduszki może przez godzinę.
Ten facet to ma power i potrafi znaleźć się w każdej sytuacji !
!! SZACUN !!
http://users.finemedia.pl/macsa/London/London5/
Wychodzimy na korytarz aby spotkać całą naszą załogę, powtórka powitania z Jambo i Sarą, dzielimy się na gorąco naszymi odczuciami. Chwileczkę - Ptysia coś bladziutko wygląda - po dwu godzinach koncertu odpuściły leki, gorączka dochodzi do 38 stopni - kierujemy ją szybko do hostelu i pod kołderkę…
Szukamy Lamento - mamy przecież dla niego wyjątkowy prezent - sławną raingodową koszulkę. Powoli kierujemy się do wyjścia oglądając się dookoła - przecież był przed koncertem i machał nam z najwyższej loży RAH. Na zewnątrz stoimy jeszcze dłuższą chwilkę dyskutując, robimy pamiątkowe zdjęcia, obok stoi grupka Włochów. Mirek sobą by nie był gdyby nie podszedł i nie zagadał - to przecież jego druga ojczyzna jest ! Słychać entuzjastyczne wypowiedzi - niestety nie potrafię zacytować, bliższy mi język wyspiarzy. Po dłuższej chwili pada pomysł wymiany międzynarodowej - nie ma Lamento to Włocha obdarujemy naszą forumową koszulką. Nasz knopflerowy ziomek bardzo mile zaskoczony - dziękuje stukrotnie i prawie zdejmuje marynarkę aby nałożyć czerwone cudo...
Jeszcze kilka klimatycznych zdjęć budynku w świetle nocnym ( Romek to dopiero porobił fotki...) i powoli kierujemy się w stronę miejsca stacjonowania naszej drużyny - tym razem na piechotkę. Po przejściu jakichś 500 metrów orientujemy się, że przecież nie ma z nami Ptysi - kurcze dziewczyna ma gorączkę, nie wiadomo co się z nią dzieje ! W tym momencie po raz pierwszy (nie ostatni) tej nocy imponuje mi Wacek - momentalnie deklaruje się wyruszyć na poszukiwania zaginionej. Po chwili zastanowienia przystajemy na to - on ma wśród nas największe doświadczenie w poruszaniu się po Londynie i najlepiej zna język. Startuje zatem sam na akcję poszukiwawczą.
Północ, pada deszcz, środek Hyde Parku, ciemno, a obok nas, co chwilkę przejeżdża rower lub przebiega dziewczyna ze słuchawkami na uszach - nie do pomyślenia w naszym Parku Szczytnickim. To jest jednak inny świat...
Po kilkunastu minutach dzwoni Wacek z dobrą nowiną - znalazł Ptysię w połowie drogi do stacji metra - wracała gdyż kolejka już o tej porze nieczynna - kamień z serca.
Po drodze szukamy z Romkiem ładnych, nocnych plenerów wśród urokliwych uliczek tego niezwykłego miasta. A samochody ? Co krok to jakieś Ferrari, Masserati, Astony Martiny czy inne Bugatti - kompletny zawrót głowy. Wszystkie autka, nie tylko te niemożliwe drogie, są tutaj pięknie umyte i nawoskowane - nie do końca znam przyczyny ale podoba mi się takie traktowanie czterech kółek. Tu powołam się na niezwykłe oko Anroma - ma w swojej kolekcji fotkę szeregu londyńskich taksówek - genialny klimat...
Po tych wszystkich emocjach związanych z koncertem i godzinnym, nocnym spacerze wypada coś wrzucić na ruszt, ulubiona knajpka jest przecież po drodze...Tym razem zamawiamy pity na wynos, Grzesiu idzie na stronę odcedzić kartofelki. Nagle słyszę głośny okrzyk na ulicy - panowie zza 1,5 metrowej lady odpowiadają coś po swojemu i przeskakują ją goniąc na złamanie karku. Kurcze co się dzieje, noc, obce miasto, zadyma na całego, jeszcze guza można zarobić - biorę nogi za pas...Zatrzymuję się w bezpiecznej odległości obserwując przebieg wydarzeń. Panowie po krótkiej szamotaninie i głośnej wymianie zdań wracają do lokalu. Mi odechciewa się jednak jeść....
Grzegorz w tym czasie nieświadomy niczego wychodzi z WC, płaci za swoją pitę, otrzymuje trzy, ale kłócił się przecież nie będzie...
Trochę zbladł jak mu opowiedziałem co się działo ale wszystko dobre co się dobrze kończy - dwie darmowe pity smakowały wyśmienicie

Spotykamy się w pubie, przy London Pride, tudzież znienawidzonej przez barmana herbacie. Długo w noc snujemy nasze knopflerowe opowieści, mimo ogromnych trudności z gardłem staram się włączać do dyskusji - niestety oczy zamykają się same...Mimo szczerych chęci przegrywam walkę z Morfeuszem - żegnam się z wczesno-rannymi odlatywaczami i idę spać. Rano dowiaduję się, że Wacek do bladego świtu uczestniczył w rozmowach, potem odprowadził na autobus Ptysie, Jambo i Sarę, następnie Mr Jasinskiego oraz Mirka. A przecież kolejny dzień pełen atrakcji i Wacek rano jest gotowy na wszystko mimo, że przytulił głowę do poduszki może przez godzinę.
Ten facet to ma power i potrafi znaleźć się w każdej sytuacji !
!! SZACUN !!
http://users.finemedia.pl/macsa/London/London5/


![[Obrazek: macsa.gif]](http://images.chomikuj.pl/button/macsa.gif)