Z wypiekami na twarzach udajemy się na salę zająć swoje miejsca - cóż to jest za piękna sala, tradycja i historia kryje się za każdym rogiem. Ja z Igorem mamy miejsca z prawej strony sali w drugim rzędzie , Andrzej z Grzegorzem po lewej troszeczkę dalej. Zajmujemy miejsca, obok siada sympatyczna pani, po chwili, słysząc naszą rozmowę odzywa się czystą polszczyzną. Okazuje się, że pochodzi ze Szczecina - w Anglii jest tymczasowo w celach zarobkowych. Jest w dużym szoku, że tak liczna grupa fanów przyleciała specjalnie na koncert jej ulubionego artysty - zapisuje adres naszego forum i obiecuje aktywne uczestnictwo.
Występ zaczyna skromna Kasia, lecz z towarzystwem prześlicznej wiolonczelistki - nie wiem czy jest to regułą ale na mnie panie wiolonczelistki działają wyjątkowo...Kasia kończy po pół godzinie, wraz z końcem występu mi kończą się struny głosowe, których nie odzyskuję już do końca wyprawy. Idziemy sprawdzić co tym razem można zakupić na stoisku z pamiątkami - jest tego całkiem sporo - nawet piersióweczkę można nabyć. Po krótkiej przerwie zaczyna się właściwe show !
Border Reiver na sam początek robi duże wrażenie - kawałek słyszany na żywo niesie ze sobą sporą dawkę energii. Sailing z fletem bardzo miło koi nerwy, potem wyjątkowy Hill Farmer's...Wszystko słychać krystalicznie czysto - nie ma tego nawału basu, który zagłusza pozostałe instrumenty. Spokojnie można wychwycić najdrobniejsze niuanse tworzone przez mniej hałaśliwe instrumenty, gitara Knopflera równo z pozostałymi muzykami, nie jest jakoś specjalnie uwypuklona. Poziom głośności bardzo wyważony, czasami wydaje mi się, że jest za cicho lecz zaraz zmieniam zdanie przy bardziej dynamicznych utworach. Nagłośnienie genialne...
Mark w Londynie czuje się jak w domu, cały czas uśmiechnięty, wyjątkowo dużo opowiada, ciekawie przedstawia swoich kompanów. Zapewnia, że z kręgosłupem już wszystko w porządku ale krzesełko pozostało gdyż dużo lepiej wychodzi mu granie na gitarze w takiej pozycji. To prawda - wstaje z siedzonka jedynie podczas finalnej części Speedway'a - ale tam to już trudno usiedzieć każdemu. Widownia mocno podstarzała - średnia wieku to lekko licząc 55 lat, ale za to bardzo zaangażowana. Oni go tutaj po prostu uwielbiają, to daje się wyczuć w wyjątkowej atmosferze i to widać na twarzach widzów. Wielokrotnie podczas koncertu cała sala wstaje i klaszcze, a po Telegrafie następuje istne szaleństwo - wszyscy, którzy mogą podbiegają pod samą scenę.
Muzycy dają z siebie wszystko - Jasiu bardzo wdzięcznie pracuje nogami podczas bardziej angażujących kawałków - Mirek nawet porównywał go do kucyka
A co się dzieje podczas Coyote to trudno opisać - każdy kto może chwyta za gitarę i daje z siebie wszystko. Nawet Jasiu nieźle wywija na Telecasterze, nie mówiąc już o Guy'u. Tak ograny już Done With Bonaparte nabiera zupełnie innego brzmienia za przyczyną użytych dud i innej aranżacji. Sułtani wracają do pierwotnego kształtu, grane tak jak przed laty przez czterech muzyków, pozostali idą na fajkę...Na Brothersach wszyscy śpiewają wraz z muzykami i kołyszą się w rytm muzyki, jest piwko w kubeczkach i toasty na cześć świetnej publiczności. Występ finalizuje wspaniale wyciszający Piper, długie owacje lecz Panowie już się nie pojawią, nie chce się wychodzić...
Do hostelu jakaś godzinka drogi spacerkiem - nawet nie wiemy kiedy minęła, cały czas dzielimy się wrażeniami tego wyjątkowego wieczoru. Na miejscu gratulacje i niedowierzanie jak udało nam się dostać na koncert, siedzimy jeszcze długo w noc przy zacnych trunkach. W końcu czas przytulić głowę do poduszki, sen jednak nie przychodzi bo w głowie ciągle buzują emocje...
Występ zaczyna skromna Kasia, lecz z towarzystwem prześlicznej wiolonczelistki - nie wiem czy jest to regułą ale na mnie panie wiolonczelistki działają wyjątkowo...Kasia kończy po pół godzinie, wraz z końcem występu mi kończą się struny głosowe, których nie odzyskuję już do końca wyprawy. Idziemy sprawdzić co tym razem można zakupić na stoisku z pamiątkami - jest tego całkiem sporo - nawet piersióweczkę można nabyć. Po krótkiej przerwie zaczyna się właściwe show !
Border Reiver na sam początek robi duże wrażenie - kawałek słyszany na żywo niesie ze sobą sporą dawkę energii. Sailing z fletem bardzo miło koi nerwy, potem wyjątkowy Hill Farmer's...Wszystko słychać krystalicznie czysto - nie ma tego nawału basu, który zagłusza pozostałe instrumenty. Spokojnie można wychwycić najdrobniejsze niuanse tworzone przez mniej hałaśliwe instrumenty, gitara Knopflera równo z pozostałymi muzykami, nie jest jakoś specjalnie uwypuklona. Poziom głośności bardzo wyważony, czasami wydaje mi się, że jest za cicho lecz zaraz zmieniam zdanie przy bardziej dynamicznych utworach. Nagłośnienie genialne...
Mark w Londynie czuje się jak w domu, cały czas uśmiechnięty, wyjątkowo dużo opowiada, ciekawie przedstawia swoich kompanów. Zapewnia, że z kręgosłupem już wszystko w porządku ale krzesełko pozostało gdyż dużo lepiej wychodzi mu granie na gitarze w takiej pozycji. To prawda - wstaje z siedzonka jedynie podczas finalnej części Speedway'a - ale tam to już trudno usiedzieć każdemu. Widownia mocno podstarzała - średnia wieku to lekko licząc 55 lat, ale za to bardzo zaangażowana. Oni go tutaj po prostu uwielbiają, to daje się wyczuć w wyjątkowej atmosferze i to widać na twarzach widzów. Wielokrotnie podczas koncertu cała sala wstaje i klaszcze, a po Telegrafie następuje istne szaleństwo - wszyscy, którzy mogą podbiegają pod samą scenę.
Muzycy dają z siebie wszystko - Jasiu bardzo wdzięcznie pracuje nogami podczas bardziej angażujących kawałków - Mirek nawet porównywał go do kucyka
A co się dzieje podczas Coyote to trudno opisać - każdy kto może chwyta za gitarę i daje z siebie wszystko. Nawet Jasiu nieźle wywija na Telecasterze, nie mówiąc już o Guy'u. Tak ograny już Done With Bonaparte nabiera zupełnie innego brzmienia za przyczyną użytych dud i innej aranżacji. Sułtani wracają do pierwotnego kształtu, grane tak jak przed laty przez czterech muzyków, pozostali idą na fajkę...Na Brothersach wszyscy śpiewają wraz z muzykami i kołyszą się w rytm muzyki, jest piwko w kubeczkach i toasty na cześć świetnej publiczności. Występ finalizuje wspaniale wyciszający Piper, długie owacje lecz Panowie już się nie pojawią, nie chce się wychodzić...Do hostelu jakaś godzinka drogi spacerkiem - nawet nie wiemy kiedy minęła, cały czas dzielimy się wrażeniami tego wyjątkowego wieczoru. Na miejscu gratulacje i niedowierzanie jak udało nam się dostać na koncert, siedzimy jeszcze długo w noc przy zacnych trunkach. W końcu czas przytulić głowę do poduszki, sen jednak nie przychodzi bo w głowie ciągle buzują emocje...


![[Obrazek: macsa.gif]](http://images.chomikuj.pl/button/macsa.gif)