06.06.2010, 18:56
mój Londyn c.d. (teraz krótko)
1 czerwiec 2010
Dzień nie zachwyca pogodą. Pada deszcz. Chcemy coś jednak zobaczyć. Zaliczmy Big Bena i wszystko w koło co jest warte zobaczenia na żywo.
Andrzej, Wacek i ja wracamy do hostelu trochę przeschnąć, natomiast reszta załogi pomimo deszczu chce zobaczyć miejsca związane z Markiem.
Późnym popołudniem odwiedzamy Halal (deal 1 -bardzo smaczny zestaw), a nieco później udajemy się metrem na kolejną Markową ucztę.
Tym razem jesteśmy w komplecie (jeszcze tylko Jambore). Nasze miejsca są na przeciwko sceny, za to bardzo wysoko. Widok robi wrażenie.
Minutę przed koncertem wchodzi Waldek z córką - szybkie przywitanie i znów ponad dwie godziny magii, które kończą się za szybko. Zamiast Monteleone usłyszeliśmy Get Lucky.
Dźwięk u góry jest również soczysty, szczegółowy i wyraźny, jednak odczuwalnie mniej jest basu i stopy perkusji. Niskie tony nie są tak czytelne jak na dole widowni,
nie powoduje to jednak żadnego dyskomfortu w odbiorze koncertu. Tym razem mniej owacji na stojąco.
Po koncercie pamiątkowe zdjęcie i spacerem wracamy do hostelu. Nie pada. W knajpce Green Man gorąca wymiana wrażeń po koncercie i podziw dla Jamborego za upartość w walce z przeciwnościami losu. Coś niesamowitego.
2 czerwiec 2010
O trzeciej Jambore z córką oraz Ptysia muszą już jechać na lotnisko - Wacek odprowadza ich na przystanek. O piątej opuszcza nas Mirek, a o siódmej Andrzej.
Reszta po hostelowym śniadaniu wypuszcza się na miasto. Dzielimy się na dwie grupy, by koło południa spotkać się przy Tower Bridge.
Piękne widoki, szkoda że trzeba już wracać. Ja odlatuję półtorej godziny wcześniej i jestem ogromnie wdzięczny pozostałym członkom wyprawy, że nie zostawiają mnie na pastwę losu,
tylko wracamy wspólnie do hostelu. Tu chwila odpoczynku w barze, zabieram bagaż i znów mogę liczyć na Wacka, by nie wsiąść przypadkiem do złego autobusu.
Na lotnisku na szczęście sobie poradziłem, za duża tubka pasty nikomu nie przeszkadzała, a na sam koniec nagroda -miejsce przy oknie.
Nad Krakowem pilot przygasił światło w samolocie i mogłem po raz pierwszy podziwiać z góry panoramę miasta. Wieczorem pięknie to wygląda. O 23.30 jestem w domu.
Szczęśliwy, że los tym razem okazał się łaskawy.
Dziękuję całej ekipie za pomysł, realizację wycieczki oraz za wsparcie i wszelaką pomoc (zwłaszcza dla Ptysi i Wacka).
Bez Was nigdy bym się nie wybrał na taką wyprawę.
Amen
1 czerwiec 2010
Dzień nie zachwyca pogodą. Pada deszcz. Chcemy coś jednak zobaczyć. Zaliczmy Big Bena i wszystko w koło co jest warte zobaczenia na żywo.
Andrzej, Wacek i ja wracamy do hostelu trochę przeschnąć, natomiast reszta załogi pomimo deszczu chce zobaczyć miejsca związane z Markiem.
Późnym popołudniem odwiedzamy Halal (deal 1 -bardzo smaczny zestaw), a nieco później udajemy się metrem na kolejną Markową ucztę.
Tym razem jesteśmy w komplecie (jeszcze tylko Jambore). Nasze miejsca są na przeciwko sceny, za to bardzo wysoko. Widok robi wrażenie.
Minutę przed koncertem wchodzi Waldek z córką - szybkie przywitanie i znów ponad dwie godziny magii, które kończą się za szybko. Zamiast Monteleone usłyszeliśmy Get Lucky.
Dźwięk u góry jest również soczysty, szczegółowy i wyraźny, jednak odczuwalnie mniej jest basu i stopy perkusji. Niskie tony nie są tak czytelne jak na dole widowni,
nie powoduje to jednak żadnego dyskomfortu w odbiorze koncertu. Tym razem mniej owacji na stojąco.
Po koncercie pamiątkowe zdjęcie i spacerem wracamy do hostelu. Nie pada. W knajpce Green Man gorąca wymiana wrażeń po koncercie i podziw dla Jamborego za upartość w walce z przeciwnościami losu. Coś niesamowitego.
2 czerwiec 2010
O trzeciej Jambore z córką oraz Ptysia muszą już jechać na lotnisko - Wacek odprowadza ich na przystanek. O piątej opuszcza nas Mirek, a o siódmej Andrzej.
Reszta po hostelowym śniadaniu wypuszcza się na miasto. Dzielimy się na dwie grupy, by koło południa spotkać się przy Tower Bridge.
Piękne widoki, szkoda że trzeba już wracać. Ja odlatuję półtorej godziny wcześniej i jestem ogromnie wdzięczny pozostałym członkom wyprawy, że nie zostawiają mnie na pastwę losu,
tylko wracamy wspólnie do hostelu. Tu chwila odpoczynku w barze, zabieram bagaż i znów mogę liczyć na Wacka, by nie wsiąść przypadkiem do złego autobusu.
Na lotnisku na szczęście sobie poradziłem, za duża tubka pasty nikomu nie przeszkadzała, a na sam koniec nagroda -miejsce przy oknie.
Nad Krakowem pilot przygasił światło w samolocie i mogłem po raz pierwszy podziwiać z góry panoramę miasta. Wieczorem pięknie to wygląda. O 23.30 jestem w domu.
Szczęśliwy, że los tym razem okazał się łaskawy.
Dziękuję całej ekipie za pomysł, realizację wycieczki oraz za wsparcie i wszelaką pomoc (zwłaszcza dla Ptysi i Wacka).
Bez Was nigdy bym się nie wybrał na taką wyprawę.
Amen

