06.06.2010, 17:48
mój Londyn c.d.
31 maj 2010
4.40 pobudka, toaleta, lekkie śniadanie. Wolę być na lotnisku przed czasem, bo to pierwszy raz. Aż dziwne, że brzuch nie daje znać o sobie i obchodzę się bez zbędnych wspomagaczy podróży.
7.30 jestem na lotnisku, o ósmej dołącza Aga. Jest dobrze. Odprawa - w butach nic nie przemycam, jednak tubka na pastę jest za duża o całe 25ml. Celnik jednak nie robi problemów,tylko ostrzega przed kolejnym razem.
Starujemy kilka minut po dziesiątej. Mocno wciska w fotel, trzęsie jak w pociągu, tylko czemu przygasają te świetlówki jak w filmach katastroficznych.Jakieś rzadziutkie volty mają w tych boeingach.
Około 11.25 lądujemy. Wielkie lotnisko to Stansted w porównaniu do Balic. Aż strach pomyśleć jak jest we Frankfurcie lub na Heatrow. Idziemy długimi korytarzami, Ptysia
idzie po bagaż, a ja na odprawę. W okienku pan widząc dowód osobisty mówi "dzień dobry". To miłe. Aga gdzieś zniknęła z pola widzenia,więc wychodzę sam i myślę, gdzie ja w tym tłumie znajdę kolegów, dobrze, że spisałem telefony. Jednak nie muszę nigdzie dzwonić. Oto Wacek czeka z kartką. Nie może chodzić o nikogo innego. Jestem szczęśliwy. Po chwili dołącza Ptysia, brakuje tylko Waldka, które jak później się okaże zdąży tylko na sam koncert.
Ptysia kupuje nam bilety na autobus i jedziemy do Londynu. Podróż trwa szybko i po 70 minutach jesteśmy przy Baker Street. Pieszo dochodzimy do hostelu, gdzie czeka już część załogi.
Po zostawieniu bagaży i załatwieniu formalności (jest taniej a do tego mamy wliczone śniadanie) wychodzimy na miasto. Nasza dzielnica nie jest za ciekawa - brzydkie budynki a
w nich paskudne okna, a biali to tutaj mniejszość. Mimo to fascynuje mnie ta inność. Odmianą są samochody - wszystkie lśniące czystością, a w tym luksusowych marek i modeli bez liku.
Trudno nam zdecydować gdzie coś zjeść. Przychodzi mi na myśl powiedzenie "Osiołkowi w żłobie dano..." - tyle miejsc, a my nie długo padniemy z głodu. Decydujemy się w końcu
na islamską knajpkę Halal i wygląda na to że wszyscy są zadowoleni o czym świadczą późniejsze powroty w to miejsce.
Czas biegnie i trzeba powoli iść by odprowadzić Mirka na koncert, a przy okazji wysondować możliwość wniesienia aparatów.
Chcąc przejść z Hyde Parku pod RAH musimy przeskoczyć płot, ponieważ brama już zamknięta. Płot nie jest na szczęście wysoki i bez strat w klejnotach rodzinnych meldujemy się przed zacnym budynkiem.
Przechodząc bliżej głównego wejścia zaczepia nas starszy jegomość proponując bilety. Początkowa cena jest jednak dla nas zaporowa. Wracamy po chwili. Targowanie przynosi efekty. Szybki kontakt z Andrzejem, który został w Parku i niespodziewanie jesteśmy w piątkę na koncercie. Miejsca mamy wyborowe, a za tą cenę to już rewelacja. Siedzę obok Andrzeja, a Maciek z Igorem po przeciwnej stronie sali jeszcze trochę bliżej sceny.
Mówię do Andrzeja, że nie wierzę, że tutaj jestem (a w myślach co chwilę powtarzam - kurwa, nie wierzę) ale to jednak prawda.
Przed właściwym koncertem jest support w postaci panienki o głosie podobnym do Kate Melua. Już słychać, że akustyka jest świetna i czeka nas uczta dźwiękowa.
Po godzinie zaczyna się koncert Marka. Tego mi było trzeba. Świetna atmosfera - czuć, że Mark jest wśród swoich.
Dźwięk jest zrównoważony selektywny i nie za głośny, bardzo komfortowy. Nie czuć ściany dźwięku - najgłośniejszym momentem jest finał Speedway at Nazareth ale i tak jest daleko do jakiegokolwiek dyskomfortu.
Atmosfera na sali jest świetna, a po Telegraph... to już małe szaleństwo i klasa, owacje na stojąco. Ta atmosfera chyba nie do powtórzenia w innym miejscu. Warto to zobaczyć.
Po koncercie chyba trochę oszołomieni wracamy spacerem do hostelu. Wymiana wrażeń, a potem próba zaśnięcia w moim przypadku bez rezultatu.
31 maj 2010
4.40 pobudka, toaleta, lekkie śniadanie. Wolę być na lotnisku przed czasem, bo to pierwszy raz. Aż dziwne, że brzuch nie daje znać o sobie i obchodzę się bez zbędnych wspomagaczy podróży.
7.30 jestem na lotnisku, o ósmej dołącza Aga. Jest dobrze. Odprawa - w butach nic nie przemycam, jednak tubka na pastę jest za duża o całe 25ml. Celnik jednak nie robi problemów,tylko ostrzega przed kolejnym razem.
Starujemy kilka minut po dziesiątej. Mocno wciska w fotel, trzęsie jak w pociągu, tylko czemu przygasają te świetlówki jak w filmach katastroficznych.Jakieś rzadziutkie volty mają w tych boeingach.
Około 11.25 lądujemy. Wielkie lotnisko to Stansted w porównaniu do Balic. Aż strach pomyśleć jak jest we Frankfurcie lub na Heatrow. Idziemy długimi korytarzami, Ptysia
idzie po bagaż, a ja na odprawę. W okienku pan widząc dowód osobisty mówi "dzień dobry". To miłe. Aga gdzieś zniknęła z pola widzenia,więc wychodzę sam i myślę, gdzie ja w tym tłumie znajdę kolegów, dobrze, że spisałem telefony. Jednak nie muszę nigdzie dzwonić. Oto Wacek czeka z kartką. Nie może chodzić o nikogo innego. Jestem szczęśliwy. Po chwili dołącza Ptysia, brakuje tylko Waldka, które jak później się okaże zdąży tylko na sam koncert.
Ptysia kupuje nam bilety na autobus i jedziemy do Londynu. Podróż trwa szybko i po 70 minutach jesteśmy przy Baker Street. Pieszo dochodzimy do hostelu, gdzie czeka już część załogi.
Po zostawieniu bagaży i załatwieniu formalności (jest taniej a do tego mamy wliczone śniadanie) wychodzimy na miasto. Nasza dzielnica nie jest za ciekawa - brzydkie budynki a
w nich paskudne okna, a biali to tutaj mniejszość. Mimo to fascynuje mnie ta inność. Odmianą są samochody - wszystkie lśniące czystością, a w tym luksusowych marek i modeli bez liku.
Trudno nam zdecydować gdzie coś zjeść. Przychodzi mi na myśl powiedzenie "Osiołkowi w żłobie dano..." - tyle miejsc, a my nie długo padniemy z głodu. Decydujemy się w końcu
na islamską knajpkę Halal i wygląda na to że wszyscy są zadowoleni o czym świadczą późniejsze powroty w to miejsce.
Czas biegnie i trzeba powoli iść by odprowadzić Mirka na koncert, a przy okazji wysondować możliwość wniesienia aparatów.
Chcąc przejść z Hyde Parku pod RAH musimy przeskoczyć płot, ponieważ brama już zamknięta. Płot nie jest na szczęście wysoki i bez strat w klejnotach rodzinnych meldujemy się przed zacnym budynkiem.
Przechodząc bliżej głównego wejścia zaczepia nas starszy jegomość proponując bilety. Początkowa cena jest jednak dla nas zaporowa. Wracamy po chwili. Targowanie przynosi efekty. Szybki kontakt z Andrzejem, który został w Parku i niespodziewanie jesteśmy w piątkę na koncercie. Miejsca mamy wyborowe, a za tą cenę to już rewelacja. Siedzę obok Andrzeja, a Maciek z Igorem po przeciwnej stronie sali jeszcze trochę bliżej sceny.
Mówię do Andrzeja, że nie wierzę, że tutaj jestem (a w myślach co chwilę powtarzam - kurwa, nie wierzę) ale to jednak prawda.
Przed właściwym koncertem jest support w postaci panienki o głosie podobnym do Kate Melua. Już słychać, że akustyka jest świetna i czeka nas uczta dźwiękowa.
Po godzinie zaczyna się koncert Marka. Tego mi było trzeba. Świetna atmosfera - czuć, że Mark jest wśród swoich.
Dźwięk jest zrównoważony selektywny i nie za głośny, bardzo komfortowy. Nie czuć ściany dźwięku - najgłośniejszym momentem jest finał Speedway at Nazareth ale i tak jest daleko do jakiegokolwiek dyskomfortu.
Atmosfera na sali jest świetna, a po Telegraph... to już małe szaleństwo i klasa, owacje na stojąco. Ta atmosfera chyba nie do powtórzenia w innym miejscu. Warto to zobaczyć.
Po koncercie chyba trochę oszołomieni wracamy spacerem do hostelu. Wymiana wrażeń, a potem próba zaśnięcia w moim przypadku bez rezultatu.

