06.06.2010, 17:42
mój Londyn
sierpień 2009
Mirek rzucił hasło "Londyn" i się zaczęło. Kolejni forumowicze dopisują się do listy obecności, a ja patrząc na domiar losu z ostatnich dwóch lat jestem prawie pewien, że nie ma szans, by coś takiego udało mi się zrealizować. Jednak przezwyciężam pesymizm, bo
może w końcu będzie lepiej, a brak biletu na koncert zaprzepaści spełnienie marzeń. Marzeń nie tylko o Royal Albert Hall - "mateczniku" Marka, w którym chyba od 1996 roku
koncertuje po kilka dni pod rząd, ale także o locie samolotem i zobaczenia w końcu
prawdziwego Zachodu. Dołączam więc do ekipy z biletem - przepustką, kto wie może na wycieczkę życia.
luty 2010
"Człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać"
Ekipa wrocławska już ma bilety, a ja mam zgryza. Nie chcę lecieć sam, nie tyle ze względu na strach, co na brak znajomości języka, który w Londynie może okazać się problemem. Kombinuję na różne strony, ale ostatecznie postanawiam lecieć sam, a Maciek i ekipa obiecują poczekać godzinkę w Stansted.
Jest lepiej jak dobrze.
maj 2010
Opatrzność czuwa. Okazuje się, że Ptysia również leci z Krakowa tym samym samolotem. Mogę spać spokojnie.
sierpień 2009
Mirek rzucił hasło "Londyn" i się zaczęło. Kolejni forumowicze dopisują się do listy obecności, a ja patrząc na domiar losu z ostatnich dwóch lat jestem prawie pewien, że nie ma szans, by coś takiego udało mi się zrealizować. Jednak przezwyciężam pesymizm, bo
może w końcu będzie lepiej, a brak biletu na koncert zaprzepaści spełnienie marzeń. Marzeń nie tylko o Royal Albert Hall - "mateczniku" Marka, w którym chyba od 1996 roku
koncertuje po kilka dni pod rząd, ale także o locie samolotem i zobaczenia w końcu
prawdziwego Zachodu. Dołączam więc do ekipy z biletem - przepustką, kto wie może na wycieczkę życia.
luty 2010
"Człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać"
Ekipa wrocławska już ma bilety, a ja mam zgryza. Nie chcę lecieć sam, nie tyle ze względu na strach, co na brak znajomości języka, który w Londynie może okazać się problemem. Kombinuję na różne strony, ale ostatecznie postanawiam lecieć sam, a Maciek i ekipa obiecują poczekać godzinkę w Stansted.
Jest lepiej jak dobrze.
maj 2010
Opatrzność czuwa. Okazuje się, że Ptysia również leci z Krakowa tym samym samolotem. Mogę spać spokojnie.

