06.06.2010, 13:37
Na miejscu wita nas Bet z Karoliną oraz wiecznie uśmiechnięty Mirek, z kropidłem pod pachą i wodą święconą w kieszeniach
Rozpoczynamy formalności związane z meldunkiem, Mirek podbiega do nas z wydrukowaną rezerwacją - "słuchajcie coś jest nie tak, chcą policzyć połowę kwoty !" Zabiera ze sobą Bartka i idzie uzgodnić wszystko jeszcze raz ( kto by chciał skończyć w czyśćcu... ). Miły Pan w recepcji twierdzi, że wszystko gra i tym sposobem za dwa noclegi ze śniadaniem w centrum Londynu zapłaciliśmy jedynie 19 euro za osobę.
Po rozlokowaniu się w pokoju wyruszamy na podbój okolicznych ulic z myślą o jakimś posiłku. Andrzej jest załamany - nie takiego Londynu się spodziewał...Zaniedbane kamienice, kilka bloków żywcem wyjętych z naszego PRL-u, wszędzie tłumy różnokolorowych mieszkańców, biali zdecydowanie tworzą mniejszość na naszej ulicy. Wędrujemy tak dobrą godzinę szukając lokalu, wreszcie pada na włoską restaurację. Mirek kładzie nas wszystkich na kolana rozpoczynając rozmowę z właścicielem w jego ojczystym języku. Niestey pizzę podaje dopiero po 17 więc jedynie coś pijemy i idziemy dalej...
Kolejna godzina wędrówki a żołądki coraz bardziej doskwierają, jedni chcą tu, inni tam, szybka decyzja - wpadam do knajpy z gyrrosem i zamawiam zestaw pierwszy. Wszystko na chybił trafił, na szczęście okazało się to strzałem w dziesiątkę - pozostali dołączają i zajadają ze smakiem. Wątpliwości budzi składnik sałatki w kolorze wściekło-różowym, Mirek uspokaja wszystkich twierdząc, że to niewątpliwie musi być brukiew. Grzegorz jak to na wyspach o piątej raczy się herbatką, w kącie rośnie maryśka...Po obfitym posiłku humory dopisują, a nazwa knajpy staje się często używanym zwrotem.
Postanawiamy odprowadzić Mirka na jego koncert pod Royal Albert Hall, po drodze wygłupu w budce telefonicznej, leżenie na trawie w Hyde Parku oraz odwiedziny u Alberta - fundatora sławnej sali. Przed samym wejściem do budynku zaczepia nas dziwnie wyglądający człowiek, pod siedemdziesiątkę, zgarbiony, pod oczami wory - typowy cinkciarz z czasów Pewexów. Chce za bilety po 35 £, olewamy gościa i idziemy dalej, po kilku metrach jednak świta w głowie myśl...Wracamy i proponujemy zakup czterech biletów po 20£, po krótkich negocjacjach staje na 25£. Krótki telefon do Andrzeja, wymiana banknotów i w duszach gości euforia ! Kupiliśmy bilety dziesięć metrów od sceny za połowę ceny !!
Fotki secik drugi:
http://users.finemedia.pl/macsa/London/London2/
Rozpoczynamy formalności związane z meldunkiem, Mirek podbiega do nas z wydrukowaną rezerwacją - "słuchajcie coś jest nie tak, chcą policzyć połowę kwoty !" Zabiera ze sobą Bartka i idzie uzgodnić wszystko jeszcze raz ( kto by chciał skończyć w czyśćcu... ). Miły Pan w recepcji twierdzi, że wszystko gra i tym sposobem za dwa noclegi ze śniadaniem w centrum Londynu zapłaciliśmy jedynie 19 euro za osobę.
Po rozlokowaniu się w pokoju wyruszamy na podbój okolicznych ulic z myślą o jakimś posiłku. Andrzej jest załamany - nie takiego Londynu się spodziewał...Zaniedbane kamienice, kilka bloków żywcem wyjętych z naszego PRL-u, wszędzie tłumy różnokolorowych mieszkańców, biali zdecydowanie tworzą mniejszość na naszej ulicy. Wędrujemy tak dobrą godzinę szukając lokalu, wreszcie pada na włoską restaurację. Mirek kładzie nas wszystkich na kolana rozpoczynając rozmowę z właścicielem w jego ojczystym języku. Niestey pizzę podaje dopiero po 17 więc jedynie coś pijemy i idziemy dalej...
Kolejna godzina wędrówki a żołądki coraz bardziej doskwierają, jedni chcą tu, inni tam, szybka decyzja - wpadam do knajpy z gyrrosem i zamawiam zestaw pierwszy. Wszystko na chybił trafił, na szczęście okazało się to strzałem w dziesiątkę - pozostali dołączają i zajadają ze smakiem. Wątpliwości budzi składnik sałatki w kolorze wściekło-różowym, Mirek uspokaja wszystkich twierdząc, że to niewątpliwie musi być brukiew. Grzegorz jak to na wyspach o piątej raczy się herbatką, w kącie rośnie maryśka...Po obfitym posiłku humory dopisują, a nazwa knajpy staje się często używanym zwrotem.
Postanawiamy odprowadzić Mirka na jego koncert pod Royal Albert Hall, po drodze wygłupu w budce telefonicznej, leżenie na trawie w Hyde Parku oraz odwiedziny u Alberta - fundatora sławnej sali. Przed samym wejściem do budynku zaczepia nas dziwnie wyglądający człowiek, pod siedemdziesiątkę, zgarbiony, pod oczami wory - typowy cinkciarz z czasów Pewexów. Chce za bilety po 35 £, olewamy gościa i idziemy dalej, po kilku metrach jednak świta w głowie myśl...Wracamy i proponujemy zakup czterech biletów po 20£, po krótkich negocjacjach staje na 25£. Krótki telefon do Andrzeja, wymiana banknotów i w duszach gości euforia ! Kupiliśmy bilety dziesięć metrów od sceny za połowę ceny !!
Fotki secik drugi:
http://users.finemedia.pl/macsa/London/London2/


![[Obrazek: macsa.gif]](http://images.chomikuj.pl/button/macsa.gif)