04.06.2010, 12:47
Londinium Knopferum Magnificium!
Sala i sam koncert: zupelnie inna kategoria niz w Polsce. RAH to samograj; nie zgodze sie tez z Lamento ze byla zle naglosniona. Koncert byl cichszy niz te na ktorych dane mi bylo byc w Polsce, ale za to wysmienicie zrealizowany - selektywny, czysty i dokladny. Wyeksponowany wokal i gitara, reszta na rownym poziomie w tle. Nareszcie stopa i bas nie zagluszaly np. klawiszy. Mark w wysmienitej w formie, setlista tez ok. Coyote - poezja. Done with Bonaparte - przed koncertem rozmawialismy, ze juz dosc, ale wersja z dudami byla przemiodna. Jedyne zastrzezenia jakie moge miec to zupelne niewykorzystanie potencjalu telebimu. Dali siana i tyle.
Londynczycy, Londyn, podroz: dziekuje Wam za te dni, atmosfere, spedzony wspolnie czas. Bardzo sie ciesze, ze znajomosci z forum przeniesione do rzeczywistosci nie tylko nic nie traca, ale wrecz zyskuja. Aneto, Agnieszko, Andrzeju, Mirku, Romku, Igorze, Wacku, Macku, Grzesiu, Waldku - we salute you!
Samo miasto - Londyn to Shangri-La jesli chodzi o historie i muzyke. Ulica z dziesiatkami sklepow z instrumentami (w jednym poszedl Markowy Shecter, a sam Mark wysylal tam swoich ludzi na zakupy
) - poezja
Fajnie bylo znow zobaczyc Westminster, przejsc sie przez West End i ulicami City, zjesc fish and chips u frontu Tower. Moglbym jutro leciec kolejny raz
A oto relacja (mniej lub bardziej dokladna) calego pobytu:
Niedziela,
godz. 17 - miliony telefonow do wizz air i upewnianie sie czy wszystko jest w porzadku z ta odprawa online, bo do konca mialem jakies zle przeczucia.
godz. 22 - pakujemy sie z Karolina, samolot za 8 h
godz. 23 - proba zaczerpniecia paru minut snu - failed. Karolina pisze prace zaliczeniowa
Poniedzialek,
godz. 1 - dalej nie mozemy spac, przeciez zaraz wyjezdzamy!
godz. 3 - wyruszamy na lotnisko
godz. 3.10 - bladzimy! aaaaaa
godz. 4 - Pyrzowice stoja otworem, papieros, redbull, zostawiamy bagaz i przechodzimy do sali odlotow
godz. 6 - start punktualny, pod nami big milkowe chmury, za nami wyjacy w niebo glosy bobas. znowu nici ze spania.
godz. 7.30 czasu LDN - Luton, papieros, toaleta
godz. 9 - podroz coachem zleciala szybko, jestesmy na Victorii jako pierwsi. Umowilismy sie na 14 w hostelu wiec cale 5 h na spacerek
Ruszamy w strone Buckingham Palace, nastepnie, wirujac miedzy maratonczykami ktorzy akurat wybrali sobie ten dzien aby zablokowac londynskie ulice, przemieszczamy sie w strone Westminster, zahaczamy o Trafalgar i National Gallery, pare ksiegarni. Pierwsze objawy zmeczenia. Nie ma co...
godz. 13 - siedzimy w naszym hostelowym pubie popijajac cider. Po paru minutach ktos usmiecha sie do nas przez szybe - jest Mirek
godz. 14 - wszyscy sie melduja. nieciekawa wiadomosc - nie ma Waldka
logujemy sie do hostelu, prysznic i dwie godzinki snu - nie dalo sie inaczej.
godziny popoludniowe - chlopaki ida odprowadzic Mirka na pierwszy koncert. Nie mowili ze sami tez sie znajda w srodku RAH. Szczesciarze. Idziemy na zakupy do tesco, Agnieszka spi, reszta dnia uplywa na rozmowach przy piwie i herbacie.
Wtorek,
godz. 8 - schodzimy na sniadanie - tosty i kawa, ale wazne ze w cenie
Atmosfera caly czas goraca, choc na zewnatrz leje. Nie przeszkadza nam to jednak wpakowac sie w metro i ruszyc do centrum.
godz. 10 - 13 - powtorka z wizyty w centrum Stolicy Stolic - kilometry szybko mijaja wraz z mijanymi krolewskimi parkami; chlopaki strzelaja zdjecie za zdjeciem.
godz. 13 - deszcz nie odpuszcza; czesc z nas decyduje sie wrocic do hostelu i odwiedziec lokalnego halalalale (czyt: knajpe z arabskim jedzonkiem); ja, Karolina, Macsa, Romek z Aneta, Mirek i Igor ruszamy na podboj West Endu - Shaftesbury Avenue wyciaga z nas sporo pieniazkow - obiad i pamiatki, ale pare minut wczesniej kawka w Angelucci's i wizyta w Ronnie Scott zdecydowanie byly warte tej przeprawy - co wiecej, rozpogadza sie!
godz. 16 - powrot do hostelu i przygotowywanie sie psychiczne do nadchodzacego wystepu. Trzymamy kciuki by Waldek zdazyl!
godz. 18 - wyruszamy do RAH
godz. 19.30 - wygodnie siedzimy i sluchamy supportu w wykonanie Katie Welsh. Ktos sie przepycha i macha - Waldek! Euforia. koncert - orgazm emocjonalny. Po koncercie Mirek zagaduje przybylych Wlochow; wymiana koszulek. Spacerek wzdluz Diana's Walk prosto do hostelu.
godz. 22 - do 3 nad ranem siedzimy i rozmawiamy. o koncercie, o forum, o zyciu. Waldek, Agnieszka, i Mirek wyjezdzaja z rana. Reszta spi.
Sroda,
godz. 8 - sniadanie
godz. 10 - dzielimy sie na dwie grupy - Wacek, Macsa, Grzes i Igor atakuja Harrodsa i Oxford street a Bet, Karolina, Romek i Aneta kieruja sie na poludnie.
godz. 11 - zaczynamy chyba najdluzszy spacer podczzas tego pobytu. London Bridge - Southwark Cathedral, The Globe, Millenium Bridge, St. Paul's Cathedral, City of London, The Tower, Tower Bridge. Nagle znajome twarze. Ekipa zakupowcow i znow jestesmy w kupie.
godz. 14 - powrot do hostelu i ostatnie refleksje.
godz. 16 - udajemy sie na lotnisko.
Sala i sam koncert: zupelnie inna kategoria niz w Polsce. RAH to samograj; nie zgodze sie tez z Lamento ze byla zle naglosniona. Koncert byl cichszy niz te na ktorych dane mi bylo byc w Polsce, ale za to wysmienicie zrealizowany - selektywny, czysty i dokladny. Wyeksponowany wokal i gitara, reszta na rownym poziomie w tle. Nareszcie stopa i bas nie zagluszaly np. klawiszy. Mark w wysmienitej w formie, setlista tez ok. Coyote - poezja. Done with Bonaparte - przed koncertem rozmawialismy, ze juz dosc, ale wersja z dudami byla przemiodna. Jedyne zastrzezenia jakie moge miec to zupelne niewykorzystanie potencjalu telebimu. Dali siana i tyle.
Londynczycy, Londyn, podroz: dziekuje Wam za te dni, atmosfere, spedzony wspolnie czas. Bardzo sie ciesze, ze znajomosci z forum przeniesione do rzeczywistosci nie tylko nic nie traca, ale wrecz zyskuja. Aneto, Agnieszko, Andrzeju, Mirku, Romku, Igorze, Wacku, Macku, Grzesiu, Waldku - we salute you!
Samo miasto - Londyn to Shangri-La jesli chodzi o historie i muzyke. Ulica z dziesiatkami sklepow z instrumentami (w jednym poszedl Markowy Shecter, a sam Mark wysylal tam swoich ludzi na zakupy
) - poezja
Fajnie bylo znow zobaczyc Westminster, przejsc sie przez West End i ulicami City, zjesc fish and chips u frontu Tower. Moglbym jutro leciec kolejny raz
A oto relacja (mniej lub bardziej dokladna) calego pobytu:
Niedziela,
godz. 17 - miliony telefonow do wizz air i upewnianie sie czy wszystko jest w porzadku z ta odprawa online, bo do konca mialem jakies zle przeczucia.
godz. 22 - pakujemy sie z Karolina, samolot za 8 h
godz. 23 - proba zaczerpniecia paru minut snu - failed. Karolina pisze prace zaliczeniowa

Poniedzialek,
godz. 1 - dalej nie mozemy spac, przeciez zaraz wyjezdzamy!
godz. 3 - wyruszamy na lotnisko
godz. 3.10 - bladzimy! aaaaaa
godz. 4 - Pyrzowice stoja otworem, papieros, redbull, zostawiamy bagaz i przechodzimy do sali odlotow
godz. 6 - start punktualny, pod nami big milkowe chmury, za nami wyjacy w niebo glosy bobas. znowu nici ze spania.
godz. 7.30 czasu LDN - Luton, papieros, toaleta
godz. 9 - podroz coachem zleciala szybko, jestesmy na Victorii jako pierwsi. Umowilismy sie na 14 w hostelu wiec cale 5 h na spacerek
Ruszamy w strone Buckingham Palace, nastepnie, wirujac miedzy maratonczykami ktorzy akurat wybrali sobie ten dzien aby zablokowac londynskie ulice, przemieszczamy sie w strone Westminster, zahaczamy o Trafalgar i National Gallery, pare ksiegarni. Pierwsze objawy zmeczenia. Nie ma co...godz. 13 - siedzimy w naszym hostelowym pubie popijajac cider. Po paru minutach ktos usmiecha sie do nas przez szybe - jest Mirek

godz. 14 - wszyscy sie melduja. nieciekawa wiadomosc - nie ma Waldka
logujemy sie do hostelu, prysznic i dwie godzinki snu - nie dalo sie inaczej. godziny popoludniowe - chlopaki ida odprowadzic Mirka na pierwszy koncert. Nie mowili ze sami tez sie znajda w srodku RAH. Szczesciarze. Idziemy na zakupy do tesco, Agnieszka spi, reszta dnia uplywa na rozmowach przy piwie i herbacie.
Wtorek,
godz. 8 - schodzimy na sniadanie - tosty i kawa, ale wazne ze w cenie
Atmosfera caly czas goraca, choc na zewnatrz leje. Nie przeszkadza nam to jednak wpakowac sie w metro i ruszyc do centrum.godz. 10 - 13 - powtorka z wizyty w centrum Stolicy Stolic - kilometry szybko mijaja wraz z mijanymi krolewskimi parkami; chlopaki strzelaja zdjecie za zdjeciem.
godz. 13 - deszcz nie odpuszcza; czesc z nas decyduje sie wrocic do hostelu i odwiedziec lokalnego halalalale (czyt: knajpe z arabskim jedzonkiem); ja, Karolina, Macsa, Romek z Aneta, Mirek i Igor ruszamy na podboj West Endu - Shaftesbury Avenue wyciaga z nas sporo pieniazkow - obiad i pamiatki, ale pare minut wczesniej kawka w Angelucci's i wizyta w Ronnie Scott zdecydowanie byly warte tej przeprawy - co wiecej, rozpogadza sie!
godz. 16 - powrot do hostelu i przygotowywanie sie psychiczne do nadchodzacego wystepu. Trzymamy kciuki by Waldek zdazyl!
godz. 18 - wyruszamy do RAH
godz. 19.30 - wygodnie siedzimy i sluchamy supportu w wykonanie Katie Welsh. Ktos sie przepycha i macha - Waldek! Euforia. koncert - orgazm emocjonalny. Po koncercie Mirek zagaduje przybylych Wlochow; wymiana koszulek. Spacerek wzdluz Diana's Walk prosto do hostelu.
godz. 22 - do 3 nad ranem siedzimy i rozmawiamy. o koncercie, o forum, o zyciu. Waldek, Agnieszka, i Mirek wyjezdzaja z rana. Reszta spi.
Sroda,
godz. 8 - sniadanie
godz. 10 - dzielimy sie na dwie grupy - Wacek, Macsa, Grzes i Igor atakuja Harrodsa i Oxford street a Bet, Karolina, Romek i Aneta kieruja sie na poludnie.
godz. 11 - zaczynamy chyba najdluzszy spacer podczzas tego pobytu. London Bridge - Southwark Cathedral, The Globe, Millenium Bridge, St. Paul's Cathedral, City of London, The Tower, Tower Bridge. Nagle znajome twarze. Ekipa zakupowcow i znow jestesmy w kupie.
godz. 14 - powrot do hostelu i ostatnie refleksje.
godz. 16 - udajemy sie na lotnisko.
You do what you want to
You go your own sweet way...
You go your own sweet way...

