07.12.2009, 00:46
numitor napisał(a):Zolnierz, ktory stracil oko w 1805 roku raczej nie zostalby wyslany siedem lat pozniej pod Moskwe
Oj, zostałby
Właśnie takich Cesarz potrzebował. W epoce napoleońskiej liczył się żołnierz nawet nie tyle sprawny fizycznie, co doświadczony. Bitwa była tak naprawdę wojną nerwów. Batalion twardych, ostrzelanych weteranów potrafił maszerować do boju nawet pod ostrzałem artylerii, podczas gdy oddział złożony z młodych, silnych, acz nieobytych z bojem żołnierzy szedł w rozsypkę po pierwszej salwie z muszkietów.Rzadko zdarzały się wówczas bitwy obliczone na wykrwawienie wroga (to wtedy, gdy Napoleon postarzał się się i stracił swój "pazur"). Raczej decydowały śmiałe manewry i właśnie silne nerwy. Nie trzeba było wyrzynać oddziałów przeciwnika w pień. Wystarczyło je rozproszyć, rozbić, by przestały mieć jakąkolwiek wartość bojową.
Tak więc weteran spod Austerlitz, który był na tyle głęboko w ogniu walki, że stracił oko, a pomimo to przeżył, był niesłychanie wartościowym żołnierzem. Tacy ludzi szkolili młodych wojaków, a ponadto wchodzili w skład nowo formowanych jednostek by podwyższać ich morale.
Cytat:Przeciez zwykly zolnierz nie czuje sie tak odpowiedzialny przed bogiem za swoje czyny, zwykly zolnierz nie mysli tez w kategoriach "skonczylem z Bonaparte" - bo tutaj raczej zolnierz nie moze podjac decyzji, walczy po takiej stronie do jakiej zostal przydzielony, nie zastanawia sie czy postepuje slusznie czy nie (przynajmniej zazwyczaj). Tak moze myslec general, ale nie zwykly zolnierz.
Różnie z tym bywało. Część wojska była z poboru, ale podówczas zmienić miejsce zamieszkania było dużo łatwiej niż dziś. Bywali żołnierze, którzy w tej samej wojnie walczyli po różnych stronach, i nikogo to nie dziwiło. A już podczas sławnych "100 dni" Napoleona ogromna część jego armii składała się ze starych wiarusów, ochotników, którzy z własnej woli przystąpili do swego ukochanego wodza. Mieli wybór.
Jeszcze jedna rzecz mi przyszła do głowy, może nowy sposób na interpretację tego utworu. Mark jest Anglikiem, dla niego konflikt z Napoleonem jest bardziej jednoznaczny niż dla nas. Wyobraźcie sobie, że Polak pisze piosenkę o Niemcu z II Wojny Św. lub o Szwedzie z czasów Potopu. Myślę, że Knopfler chciał pokazać swoim rodakom "ludzką twarz" odwiecznego wroga. Podobnie, jak zrobił chociażby Erich Maria Remarque - tylko że on, będąc Niemcem, pisał o Niemcach.
Wojna to domena dowódców, ludzi potrafiących przekonać masy do swoich racji i wmówić im, że cały sąsiedni naród to wrogowie. Gdyby więcej ludzi zdobyło się (wcześniej) na taką refleksję jak bohater piosenki Marka, może obyłoby się bez tylu cierpień i śmierci. Tak ja rozumiem ten tekst.

