19.10.2009, 12:50
Wybaczcie nieprofesjonalny opis wrażeń z amatorskiego punktu widzenia (słyszenia). Dopiero od soboty cieszę się albumem, który przesłuchałem ledwie kilkanaście razy. To zapewne za mało na ostateczne wyrażenie sądów, ale wrażeniami można się chyba podzielić ?
Wybrałem komplet CD + DVD, aczkolwiek odkąd zapuściłem CD, na DVD czasu jeszcze nie miałem.
To prawda. Płyta niesamowicie wpada w ucho. Setlista sama układa się w pamięci po dwóch - trzech przesłuchaniach, z czym ja na przykład miałem problem przy K2GC. Każdy utwór – wyjątkowy – chociaż jeśli mogę się przyczepić – do całości jakoś nie pasuje mi „You can’t beat the House” i „Monteleone”. Pierwszy – moim zdaniem taki „blusik” byłby dobry na oddzielną, tematyczną płytę, a tutaj jakoś mi się gryzie z pozostałymi – takie jam session po godzinach, kojarzy mi się raczej z wizją Marka z zespołem Sultans of Swing, o którym kiedyś pisałem i luźnym przygrywaniu przyjaciół przy szklance piwa. Nie dyskwalifikuję tego tematu, po prostu nie pasuje do całości.
Drugi – czyli "Monteleone" – w pierwszej chwili nijak nie potrafiłem sobie ułożyć tego walcowania z resztą płyty, sam w sobie temat ciekawy, ale chyba klimat nie ten. Filmowy, wielce poetycki walc. Ale jakoś nie tutaj.
Aha i jeśli jeszcze mogę powybrzydzać – to "The car was the one" – chyba wyraźnie słabszy od pozostałych.
A teraz o tym co mnie urzekło najbardziej: "Before gas & TV" – po prostu cudowny – to utwór z gatunku tych, które same z siebie porywają człowieka do innego świata i przenoszą w inną rzeczywistość, baśniowa wręcz kompozycja… Dla mnie numer 1. Drugi wyróżniający się dla mnie to "So far from the Clyde" – przepiękny klimat tej muzy i jakoś wypływający z niego "Piper to the end". Ktoś napisał, ze tylko Piper… nie kończy się jak pozostałe utwory, a jest wyciszony jakby płynął w dal – tak jest i jest to piękne i chyba przesz Mistrza zamierzone. Bardzo lubię „Border Reiver” i „Cleaning my gun”. Pierwszy świetnie wybrany na intro dla albumu, a drugi – ależ będzie rewelacyjnie brzmiał na koncertach – posłuchajcie go z głośnikami na maxa – przecudnie brzmi.
No i oczywiście najwyższej czystości perełka w postaci „Remembrance Day”. Bardzo dobry z pewnością, ale czy mnie zwala z nóg – chyba jeszcze nie do końca. Ciekaw byłem tych chórków w tle, trochę się ich obawiałem, po pierwszym, drugim przesłuchaniu byłem na „nie”, ale później jakoś mi się wkomponowały w całość utworu i już nie gryzą. Aczkolwiek nie zachwyca mnie tenże pomysł. Ale utwór pierwsza klasa z pewnością.
Póki co tyle z pierwszych wrażeń w obcowaniu z "Get lucky"
Wybrałem komplet CD + DVD, aczkolwiek odkąd zapuściłem CD, na DVD czasu jeszcze nie miałem.
To prawda. Płyta niesamowicie wpada w ucho. Setlista sama układa się w pamięci po dwóch - trzech przesłuchaniach, z czym ja na przykład miałem problem przy K2GC. Każdy utwór – wyjątkowy – chociaż jeśli mogę się przyczepić – do całości jakoś nie pasuje mi „You can’t beat the House” i „Monteleone”. Pierwszy – moim zdaniem taki „blusik” byłby dobry na oddzielną, tematyczną płytę, a tutaj jakoś mi się gryzie z pozostałymi – takie jam session po godzinach, kojarzy mi się raczej z wizją Marka z zespołem Sultans of Swing, o którym kiedyś pisałem i luźnym przygrywaniu przyjaciół przy szklance piwa. Nie dyskwalifikuję tego tematu, po prostu nie pasuje do całości.
Drugi – czyli "Monteleone" – w pierwszej chwili nijak nie potrafiłem sobie ułożyć tego walcowania z resztą płyty, sam w sobie temat ciekawy, ale chyba klimat nie ten. Filmowy, wielce poetycki walc. Ale jakoś nie tutaj.
Aha i jeśli jeszcze mogę powybrzydzać – to "The car was the one" – chyba wyraźnie słabszy od pozostałych.
A teraz o tym co mnie urzekło najbardziej: "Before gas & TV" – po prostu cudowny – to utwór z gatunku tych, które same z siebie porywają człowieka do innego świata i przenoszą w inną rzeczywistość, baśniowa wręcz kompozycja… Dla mnie numer 1. Drugi wyróżniający się dla mnie to "So far from the Clyde" – przepiękny klimat tej muzy i jakoś wypływający z niego "Piper to the end". Ktoś napisał, ze tylko Piper… nie kończy się jak pozostałe utwory, a jest wyciszony jakby płynął w dal – tak jest i jest to piękne i chyba przesz Mistrza zamierzone. Bardzo lubię „Border Reiver” i „Cleaning my gun”. Pierwszy świetnie wybrany na intro dla albumu, a drugi – ależ będzie rewelacyjnie brzmiał na koncertach – posłuchajcie go z głośnikami na maxa – przecudnie brzmi.
No i oczywiście najwyższej czystości perełka w postaci „Remembrance Day”. Bardzo dobry z pewnością, ale czy mnie zwala z nóg – chyba jeszcze nie do końca. Ciekaw byłem tych chórków w tle, trochę się ich obawiałem, po pierwszym, drugim przesłuchaniu byłem na „nie”, ale później jakoś mi się wkomponowały w całość utworu i już nie gryzą. Aczkolwiek nie zachwyca mnie tenże pomysł. Ale utwór pierwsza klasa z pewnością.
Póki co tyle z pierwszych wrażeń w obcowaniu z "Get lucky"
always look on the bright side of life

