05.07.2005, 14:01
Kurcze teraz to jest czad, ściągnąlem sobie całe (wczoraj zrywało połączenie i stąd problem), dzięki za linka 
Obejrzałem już to kilka razy i mogę teraz krytykować - W Money dość marnie Dick Parry zagrał na saksofonie, pozatym słychać taki pisk, coś jakby sprzężenie zwrotne czy coś podczas Comfortably Numb. Ogólnie jednak podtrzymuję pozytywną opinię. Ponoć panowie powiedzieli że taki występ się nie powtórzy, bo są na to za starzy...pożyjemy zobaczymy.
A co do reszty wykonawców to na mnie wrażenie zrobił Green Day, szczególnie jak zagrali we are the champions (a zwykle nie lubię coverów Queen, gdyż uważam że nikt nie potrafi śpiewać jak Freddie, to co zrobił Robbie Williams z we will rock you to parodia). Pozatym koleś z Green Day fajnie bawił sie z publicznością w Berlinie. Bryan Adams - All for love bez Stinga i Stewarta, a mimo tego podobało mi się. Bon Jovi, lubię ich i się nie zawiodłem. Sting jakoś marnie wypadł, uratował go every breath you take, który tvn pięknie przerwał
( Bob Geldof - to on jest twórcą tych pięknych koncertów, ale zaśpiewał by w końcu coś innego. Podobał mi się występ Eltona Johna, jak zwykle zresztą, ale zwóróciliście uwagę jak on przytył? U2 otwarło koncert w Londynie i zagrali jakby z łaską, choćby im się zbytnio nie chciało, pozatym taka gwiazda na samym początku? The Who to jakaś komedia, oni śpiewali jeden refren przez 5 minut, generalnie nuda jak flaki w oleju. Natomiast podobał mi się seven seconds zaśpiewane przez Dido i tego kolesia, oraz co mnie bardzo dziwi - występ Madonny.
Niechronologicznie to przedstwiam, ani nie tworzę listy od najlepszego do najgorszego, po prostu przyszła mi chęć aby podzielić się luźnymi spostrzeżeniami.

Obejrzałem już to kilka razy i mogę teraz krytykować - W Money dość marnie Dick Parry zagrał na saksofonie, pozatym słychać taki pisk, coś jakby sprzężenie zwrotne czy coś podczas Comfortably Numb. Ogólnie jednak podtrzymuję pozytywną opinię. Ponoć panowie powiedzieli że taki występ się nie powtórzy, bo są na to za starzy...pożyjemy zobaczymy.
A co do reszty wykonawców to na mnie wrażenie zrobił Green Day, szczególnie jak zagrali we are the champions (a zwykle nie lubię coverów Queen, gdyż uważam że nikt nie potrafi śpiewać jak Freddie, to co zrobił Robbie Williams z we will rock you to parodia). Pozatym koleś z Green Day fajnie bawił sie z publicznością w Berlinie. Bryan Adams - All for love bez Stinga i Stewarta, a mimo tego podobało mi się. Bon Jovi, lubię ich i się nie zawiodłem. Sting jakoś marnie wypadł, uratował go every breath you take, który tvn pięknie przerwał
( Bob Geldof - to on jest twórcą tych pięknych koncertów, ale zaśpiewał by w końcu coś innego. Podobał mi się występ Eltona Johna, jak zwykle zresztą, ale zwóróciliście uwagę jak on przytył? U2 otwarło koncert w Londynie i zagrali jakby z łaską, choćby im się zbytnio nie chciało, pozatym taka gwiazda na samym początku? The Who to jakaś komedia, oni śpiewali jeden refren przez 5 minut, generalnie nuda jak flaki w oleju. Natomiast podobał mi się seven seconds zaśpiewane przez Dido i tego kolesia, oraz co mnie bardzo dziwi - występ Madonny.Niechronologicznie to przedstwiam, ani nie tworzę listy od najlepszego do najgorszego, po prostu przyszła mi chęć aby podzielić się luźnymi spostrzeżeniami.

