08.06.2005, 20:12
Berlin 07.06.2005 Waldbuhne godz. 20,00
Wiidzów 20.000 w tym sześciu Polaków(moja żona,kuzynka i jej mąz w tym troje
klubowiczów Ptyś,Jambore i ja)
Cała zabawa zaczęła się już na przejściu granicznym w Słubicach.Jambore załapał się na szczegółową kontrolę celników.Ale o dziwo na desce rozdzielczej auta Jamborego leżał bilet MK - zaitrygowało to bardzo niemieckiego celnika i zaczeła się dyskusja na temat koncertu.Przypomniałem sobie wszystkie słówka z niemieckiego wyuczone w szkole średniej ze strachu przed przesympatyczną nauczycielkę tego języka, i ów bilet dał efekt - kontroli zaprzestano.
Całą drogę myślelismy jak ten chłopiec dzisiaj zagra w strugach takiego deszczu,ale w Szkocji ponoć często pada, więc chyba da radę.
Na parkingu zaczepiłem niemieckich fanów rodem z Drezna i powiedziałem im, iż dzwonił do mnie MK i prosił ,aby wyłączyli światła w swoim samochodzie.Od razu zyskaliśmy sympatię i poczęstowano nas browarkiem."Niemieckie bawoły" ryczły ze śmiechu i były pełne podziwu,że są Polacy.Poklekiwaniom po plecach nie było końca, na co od razu zareagował mój kręgosłup.Przy wejściu bawoły dalej ryczły- "Przejście dla gości z Polski"Myślę że jednak nam pomogli szczególnie przy kontroli(a mieliśmy kilka walizek sprzętu audio) i chyba dzięki nim potraktowano nas ulgowo.
Na dzień dobry przy wejściu usłyszeliśmy przez starą,wysłużoną ,komunistyczną tubę(jak za czasów pochodów 1-majowych) czego nam nie wolno.Wszyscy zrozumieliśmy, że w tym układzie wolno nam tylko oddychać(jeszcze).Kraj policyjny.
Sam amfiteatr robi piorunujące wrażenie i myslę że na grę MK też dużo wpłynął,szczególnie jak był zapełniony po brzegi.
1.WHY aye man
2.Walk of life
3.What it is
4.Sailing to Philadelphia(ulubiony mojej żony)
5.Romeo and Juliet
6.Sułtans of swing(sprawniej i szybciej już się chyba nie dało)
7.Song for Sonny Liston
8.Rudiger
9.Donegan"s gone
10.Boom,like that(najlepsze brzmienie wieczoru)
11.Speedway at Nazareth
12.Telegraph Road
13.Brothers in arms(to się podobało Niemcom.Historia mówi,że lubią wojskowe
tematy)
14.Money for nothing
15.So far away
16.Our Shangri-la(falująco,płacząco,pożegnalnie)
Tradycyjnie wjechał wózeczek z filiżanką.I tak jak wszędzie padały okrzyki Scoth whisky,bier,wodka.Gdy Mark trzymał napój wysoko w górze amfiteatr zamilkł, iiiiiiiiii........ i wtedy na cały głos moja żona krzyknęła TEE. Zdziwiony Mark najpierw spojrzał na moją żonę, póżniej na Glenna Worfa,i szybko zrozumieli że spaliła im stary numer,-ale przyjeli to z uśmiechem.
Co kraj to obyczaj, przy wychodzeniu "siku" otrzymałem na rękę pieczątkę z numerem.Początkowo nie wiedziałem czy to mój NIP,Pesel tudzież regon, czy też liczba ile razy mogę wyjsc siku, ale w końcu zaiskrzyłem że to Niemiecki bilet wstępu.
Po koncercie obsługa techniczna wręczyła Jamboremu pękniętą strunę, chyba MK.Jambore potraktował ją jak relikwię.Miała już miejsce na centralnej ścianie w domu.I znów na granicy pojawił się ten cholerny celnik ,gdy Jambore mu się pochwalił, on mu ją po prostu zabrał.
Przy wyjściu otrzymalismy foldery sklepu sprzedającego płyty MK.Znając siebie pomyślałem:"pewnie kupię,znając siebie pewnie i wygram oferowaną tam wycieczkę do Stanów na koncert MK w Chikago - tylko kto da mi wizę".
Kaczkowski nie jestem.Mój zasób słów jest zbyt ubogi, ażeby słowami wyrazić to co przeżyłem.Mark był też z siebie zadowolony i o dziwo niesamowicie rozgadany i wszyscy słuchaliśmy go z zapartym tchem., "jego i jego gitar"
Wiidzów 20.000 w tym sześciu Polaków(moja żona,kuzynka i jej mąz w tym troje
klubowiczów Ptyś,Jambore i ja)
Cała zabawa zaczęła się już na przejściu granicznym w Słubicach.Jambore załapał się na szczegółową kontrolę celników.Ale o dziwo na desce rozdzielczej auta Jamborego leżał bilet MK - zaitrygowało to bardzo niemieckiego celnika i zaczeła się dyskusja na temat koncertu.Przypomniałem sobie wszystkie słówka z niemieckiego wyuczone w szkole średniej ze strachu przed przesympatyczną nauczycielkę tego języka, i ów bilet dał efekt - kontroli zaprzestano.
Całą drogę myślelismy jak ten chłopiec dzisiaj zagra w strugach takiego deszczu,ale w Szkocji ponoć często pada, więc chyba da radę.
Na parkingu zaczepiłem niemieckich fanów rodem z Drezna i powiedziałem im, iż dzwonił do mnie MK i prosił ,aby wyłączyli światła w swoim samochodzie.Od razu zyskaliśmy sympatię i poczęstowano nas browarkiem."Niemieckie bawoły" ryczły ze śmiechu i były pełne podziwu,że są Polacy.Poklekiwaniom po plecach nie było końca, na co od razu zareagował mój kręgosłup.Przy wejściu bawoły dalej ryczły- "Przejście dla gości z Polski"Myślę że jednak nam pomogli szczególnie przy kontroli(a mieliśmy kilka walizek sprzętu audio) i chyba dzięki nim potraktowano nas ulgowo.
Na dzień dobry przy wejściu usłyszeliśmy przez starą,wysłużoną ,komunistyczną tubę(jak za czasów pochodów 1-majowych) czego nam nie wolno.Wszyscy zrozumieliśmy, że w tym układzie wolno nam tylko oddychać(jeszcze).Kraj policyjny.
Sam amfiteatr robi piorunujące wrażenie i myslę że na grę MK też dużo wpłynął,szczególnie jak był zapełniony po brzegi.
1.WHY aye man
2.Walk of life
3.What it is
4.Sailing to Philadelphia(ulubiony mojej żony)
5.Romeo and Juliet
6.Sułtans of swing(sprawniej i szybciej już się chyba nie dało)
7.Song for Sonny Liston
8.Rudiger
9.Donegan"s gone
10.Boom,like that(najlepsze brzmienie wieczoru)
11.Speedway at Nazareth
12.Telegraph Road
13.Brothers in arms(to się podobało Niemcom.Historia mówi,że lubią wojskowe
tematy)
14.Money for nothing
15.So far away
16.Our Shangri-la(falująco,płacząco,pożegnalnie)
Tradycyjnie wjechał wózeczek z filiżanką.I tak jak wszędzie padały okrzyki Scoth whisky,bier,wodka.Gdy Mark trzymał napój wysoko w górze amfiteatr zamilkł, iiiiiiiiii........ i wtedy na cały głos moja żona krzyknęła TEE. Zdziwiony Mark najpierw spojrzał na moją żonę, póżniej na Glenna Worfa,i szybko zrozumieli że spaliła im stary numer,-ale przyjeli to z uśmiechem.
Co kraj to obyczaj, przy wychodzeniu "siku" otrzymałem na rękę pieczątkę z numerem.Początkowo nie wiedziałem czy to mój NIP,Pesel tudzież regon, czy też liczba ile razy mogę wyjsc siku, ale w końcu zaiskrzyłem że to Niemiecki bilet wstępu.
Po koncercie obsługa techniczna wręczyła Jamboremu pękniętą strunę, chyba MK.Jambore potraktował ją jak relikwię.Miała już miejsce na centralnej ścianie w domu.I znów na granicy pojawił się ten cholerny celnik ,gdy Jambore mu się pochwalił, on mu ją po prostu zabrał.
Przy wyjściu otrzymalismy foldery sklepu sprzedającego płyty MK.Znając siebie pomyślałem:"pewnie kupię,znając siebie pewnie i wygram oferowaną tam wycieczkę do Stanów na koncert MK w Chikago - tylko kto da mi wizę".
Kaczkowski nie jestem.Mój zasób słów jest zbyt ubogi, ażeby słowami wyrazić to co przeżyłem.Mark był też z siebie zadowolony i o dziwo niesamowicie rozgadany i wszyscy słuchaliśmy go z zapartym tchem., "jego i jego gitar"
We are the sultans of swing...

