16.05.2008, 12:50
Minęło już parę dni od koncertów w Warszawie i Pradze, i z niezależnych ode mnie przyczyn
dopiero teraz mogę wrócić do tych wydarzeń.
Przed drugim majem wydawało mi się, że ostatnia, bardzo spokojna i wyważona płyta Marka okrelać będzie też klimat przyszłego koncertu. I że krzesełko z ostatniej solowej trasy stanie się i teraz nieodzownym rekwizytem.... Wprawdzie Totwar wypadał po paru dniach odpoczynku na trasie, ale i Mark powoli żegluje w kierunku szeciesištki.
Z niecierpliwociš oczekiwałem więc jak zabrzmi teraz dobrze znana mi giatara i głos, czy bardziej ciszej i wolniej, zapowiadajšc bezpowrotne już odejcie od muzyki granej przed latami.
Na szczęcie, od pierwszych kawałków stało się jasne: Mark czuje koncertowš publicznoć
jak dawniej, do swego repertuaru włšczył - jakby w rekompensacie za nostalgicznš KTGC
utwory dawniejsze, których wykonanie wymagało zawrotnych prędkoci w poruszaniu się po gitarowym gryfie. I w moim przekonaniu Mark zrobił to rewelacyjnie. Finezja gry połšczona z perfekcjš wykonania, autentycznoć w przekazie muzyki i profesjonalizm na scenie - pozostanš jak każdy koncert tego wykonawcy niezapomniane.
Po takich momentach, gdy wszystkie zapalone wiatła Torwaru pozbawiajš nadziei na jeszcze jeden bis trudno tak od razu powrócić do prozy życia. I tu docenia się chyba najbardziej forumowe bractwo: kto podrzuci samochodem do umówionej knajpy, w minut trzy poprzestawia się w niej stoliki, by można pobyć razem, powspominać jeszcze trochę, zaplanować następny koncert.
W Pradze ma miejsce drugi koncert Marka, na którym mam szczęcie być obecnym.
Około południa z ogromnych czarnych ciężarówek wytaczane sš skrzynie z koncertowš
aparaturš. Przez następne parę godzin na nic ciekawego się nie zanosi. Udajemy się więc z żonš by zwiedzić stare miasto. Na Mocie Karola dzwoni komórka: polscy fani Marka sš już przed Halš koncertowš, więc i my od razu staramy dołšczyć do nich. Na miejscu już w oczach Jambore i Pablosana - rozczarowanie: ostatnio co podobnego widziałem u nich w Hamburgu.... Mark był, i się nie zatrzymał.... moja teoria: bo czekali na niego sami fani gdyby były tam i fanki od nas, to co innego... (Była jedynie Dominika chyba, ale ta ukryta za rosłymi plecami mężczyzn, reszta pań była akurat na miecie!!
Około godziny przed koncertem na chwile opuszczamy naszš kolejkę. Wracajšc widzimy otwarte drzwi, w których przed paroma godzinami zniknšł Mark.Kręcimy się niemiało w pobliżu, pomni na obietnicę goryla z obstawy, że jak jeszcze raz...Po paro minutach wychodzi na zewnštrz , by zadzwonić - John McCusker. Chyba nieco zdziwiony, że rozpoznajemy go, na wspomnienie warszawskiego koncertu dodaje, że był jednym z najlepszych na trasie! Dostajemy autograf, pozwala na zrobienie z nim zdjęcia. Dziękujemy sam McCusker wydaje się być nieco zażenowany, a napewno oniemielony. Skromny, daleko od chęci bycia gwiazdš. Niefortunie pytam go jeszcze o możliwoć otrzymania autografu samego Marka. Niestety, Mark jest zajęty na górze, i nie chce mu teraz przeszkadzać.
Po małych perturbacjach przy wejciu, wszyscy lokujemy się mniej więcej przed barierkami. Dwie zapowiedzi przed koncertem zabraniajš nagrywania i robienia zdjęć.
I wystarczy, by miłygoryl z obsługi spojrzał na stojšcego obok mnie Czecha, a ten posłusznie chowa aparat do torby, i tam pozostanie przez cały koncert.... Co mnie dziwi, nawet na zakończenie publika boi się co pstryknšć.
Sam Marek w Pradze- potwierdzam przeczytane już tu opinie- wydaje się być nieco spięty,
Na trochę pokazowym luzie. Więc zdanie o bardzo udanym koncertu na Torwarze sprawdzałoby się...
I znowu bezbolesne przejcie od magii wiateł i muzyki do szarej rzeczywistoci dokonuje się dzięki czeskiemu piwu i polskim, w fanom czarnych koszulkach Marka.
Zdjęcia z Warszawy i Pragi zamieszczone sš dzięki uprzjmoci Jambore na jego serwerze!
dopiero teraz mogę wrócić do tych wydarzeń.
Przed drugim majem wydawało mi się, że ostatnia, bardzo spokojna i wyważona płyta Marka okrelać będzie też klimat przyszłego koncertu. I że krzesełko z ostatniej solowej trasy stanie się i teraz nieodzownym rekwizytem.... Wprawdzie Totwar wypadał po paru dniach odpoczynku na trasie, ale i Mark powoli żegluje w kierunku szeciesištki.
Z niecierpliwociš oczekiwałem więc jak zabrzmi teraz dobrze znana mi giatara i głos, czy bardziej ciszej i wolniej, zapowiadajšc bezpowrotne już odejcie od muzyki granej przed latami.
Na szczęcie, od pierwszych kawałków stało się jasne: Mark czuje koncertowš publicznoć
jak dawniej, do swego repertuaru włšczył - jakby w rekompensacie za nostalgicznš KTGC
utwory dawniejsze, których wykonanie wymagało zawrotnych prędkoci w poruszaniu się po gitarowym gryfie. I w moim przekonaniu Mark zrobił to rewelacyjnie. Finezja gry połšczona z perfekcjš wykonania, autentycznoć w przekazie muzyki i profesjonalizm na scenie - pozostanš jak każdy koncert tego wykonawcy niezapomniane.
Po takich momentach, gdy wszystkie zapalone wiatła Torwaru pozbawiajš nadziei na jeszcze jeden bis trudno tak od razu powrócić do prozy życia. I tu docenia się chyba najbardziej forumowe bractwo: kto podrzuci samochodem do umówionej knajpy, w minut trzy poprzestawia się w niej stoliki, by można pobyć razem, powspominać jeszcze trochę, zaplanować następny koncert.
W Pradze ma miejsce drugi koncert Marka, na którym mam szczęcie być obecnym.
Około południa z ogromnych czarnych ciężarówek wytaczane sš skrzynie z koncertowš
aparaturš. Przez następne parę godzin na nic ciekawego się nie zanosi. Udajemy się więc z żonš by zwiedzić stare miasto. Na Mocie Karola dzwoni komórka: polscy fani Marka sš już przed Halš koncertowš, więc i my od razu staramy dołšczyć do nich. Na miejscu już w oczach Jambore i Pablosana - rozczarowanie: ostatnio co podobnego widziałem u nich w Hamburgu.... Mark był, i się nie zatrzymał.... moja teoria: bo czekali na niego sami fani gdyby były tam i fanki od nas, to co innego... (Była jedynie Dominika chyba, ale ta ukryta za rosłymi plecami mężczyzn, reszta pań była akurat na miecie!!

Około godziny przed koncertem na chwile opuszczamy naszš kolejkę. Wracajšc widzimy otwarte drzwi, w których przed paroma godzinami zniknšł Mark.Kręcimy się niemiało w pobliżu, pomni na obietnicę goryla z obstawy, że jak jeszcze raz...Po paro minutach wychodzi na zewnštrz , by zadzwonić - John McCusker. Chyba nieco zdziwiony, że rozpoznajemy go, na wspomnienie warszawskiego koncertu dodaje, że był jednym z najlepszych na trasie! Dostajemy autograf, pozwala na zrobienie z nim zdjęcia. Dziękujemy sam McCusker wydaje się być nieco zażenowany, a napewno oniemielony. Skromny, daleko od chęci bycia gwiazdš. Niefortunie pytam go jeszcze o możliwoć otrzymania autografu samego Marka. Niestety, Mark jest zajęty na górze, i nie chce mu teraz przeszkadzać.
Po małych perturbacjach przy wejciu, wszyscy lokujemy się mniej więcej przed barierkami. Dwie zapowiedzi przed koncertem zabraniajš nagrywania i robienia zdjęć.
I wystarczy, by miłygoryl z obsługi spojrzał na stojšcego obok mnie Czecha, a ten posłusznie chowa aparat do torby, i tam pozostanie przez cały koncert.... Co mnie dziwi, nawet na zakończenie publika boi się co pstryknšć.
Sam Marek w Pradze- potwierdzam przeczytane już tu opinie- wydaje się być nieco spięty,
Na trochę pokazowym luzie. Więc zdanie o bardzo udanym koncertu na Torwarze sprawdzałoby się...
I znowu bezbolesne przejcie od magii wiateł i muzyki do szarej rzeczywistoci dokonuje się dzięki czeskiemu piwu i polskim, w fanom czarnych koszulkach Marka.
Zdjęcia z Warszawy i Pragi zamieszczone sš dzięki uprzjmoci Jambore na jego serwerze!

