14.05.2008, 12:06
8 maja, czwartek.
Od rana z wypiekami na twarzy, czytam relacje pokoncertowe. Kolejny dzień rozpoczynam kawš i wejciem na forum. Trzymaja mnie emocje od 2 maja. Dzis dla mnie sympatyczny dzien, autoupgrade do wersji 3,5 - szóstš szóstkę życia - czyli w 2/3 diabelski wiek
Wieczorem zaplanowany grillek z rodzina. Na forum wiele życzeń urodzinowych - bardzo mi miło z tego powodu
Przegladam strony Marka z newsami. I mysle sobie: a moze zrobic sobie urodzinowy prezent i jechac do Pragi na drugi koncert? Hm... Rozmawiam na GG z Macsa, ktory mnie namawia i sam zaluje ze nie moze bo zona na dniach powije potomka. Dzwonie do Jamborego. Nawija mi na ucho takie gadane, ze prawie mnie namawia na wyjazd. Kurcze... Jechac, nie jechac....
Wieczorny grill udany, siedze z mama i jej partnerem. I rzucam haslo ze mnie nosi na szybka wycieczke do Pragi - jeden nocleg, szybka jazda i takie tam. Mama mowi ze ona tez chce bo ma swoja lata a nie widziala Pragi, wogole jest zmeczona i potrzeba jej piwko na ladnej starowce i wogole. Jej facet tez chce. Dzwonie do kumpla, rzucam temat, tez sie napala na szybka akcje Jaworzno-Praga. To w koncu tylko 500 km a na calej trasie szybka droga - autostrady. Klamka zapadla. W niedziele skoro swit wyjazd.
9 maja, piatek.
Przychodze do pracy pozno, z efektem pogrillowym i choroba filipinska. Pracownicy racza mnie kawa. Siedze w firmie pol godziny, kupujac jedynie bilet na praski koncert, drukuje e-ticket i ide odpoczywac. Byle do niedzieli.
10 maja, sobota
Konsultuje od rana z Andrzejem temat wyjazdu. Mowi ze chyba nie dojedzie, bo zdrowie mu nie pozwoli. Szkoda. Ja sam sie obawiam jak zniose kilka godzina pod scena, moj kregoslup ostatnio niezbyt dobrze toleruje takie wybryki. Po poludniu dzwoni Jamboree. Sa w Pradze, planuja wypad pod sale koncertowa juz kolo 15, aby lapac Marka w aucie. Umawiamy sie wstepnie na telefon, gdy bede na miejscu. Wieczorem problem. Opuszczam szybe w samochodzie i juz jej nie podnosze. Nerwowe poszukiwanie mechanika w sobotnie popoludnie. Praktycznie nie ma szans. Drugie auto na serwisie. Katastrofa. Sprawdzam pociag z Katowic, jest szansa. Rzutem na tasme sppotykam znajomego elektryka samochodowego, rozbiera tapiecerke w aucie i podpiera szybe od wewnatrz kolkami drewnianymi. Okna nie otworze, ale nie ma to znaczenia, klima dziala. Jestem spakowany i nieprzytomny. 3 dni imprezy daje znac o sobie. Nastawiony budzik na 5,50 rano jest moja koscia w gardle, ale coz. Dam rade.
11 maja, niedziela.
Wyjezdzamy o 6,30. Drogi puste. Pogoda cudna. Kilometry smigaja jaka szalone. Krotki odpoczynek na McKnedlika i dalej w droge. Jestesmy w Pradze kilka minut po 12. Srednia predkosc z trasy 110 km/h. Zakwaterowanie w Hotelu o wdziecznej i dzwiecznej nazwie KUPA i w droge. Metro do pragi, Vaclavskie Namesti i obiad w Czeskiej Kuchni. Dzwoni Jamboree ze sa po drugiej stronie Vaclavskiego - znieram sie i biegne na spotkanie. Czuje juz lekka adrenalinke przedkoncertowa. Czekaja na mnie pod pomnikiem Vaclava. Biegne do przodu - w miedzyczasie dzwoni Andrzej i mowi ze Guy Fletcher obiecal ze pogada z Markiem na temat spotkania. Emocje rosna z kazda chwila, nadziej rozpala serce - 25 lat na to czekam, moze w koncu oda sie uscisnac JEGO dlon? Poznaje zone i corke Jamborego, oraz Ewe nasza (jak sie okazalo pozniej) nadworna Pania Fotograf (Ewunia, tylko bez flesza, tylko bez flesza!!!
.
Dziwczyny zostaja w centrum, chlopaki luzaki jada na spotkanie z Markiem. Przygotowujemy szczwany plan dorwania naszego idola. Pakuemy sie na parking i czaimy pod hala koncertowa. Panowie juz wiedza gdzie jest wejscie dla VIP-ow. Na parkingu 2 mercedesy z niemieckimi blachami, podejrzewamy ze to limuzyny Knopflera i spolki. Dolaczaja do nas Dominika z bratem. Emocje sie nasilaja, gdy mercedesy wyjezdzaja i jak podejrzewamy jada po Marka na lotnisko.
Papieros za papierosem, kazdy ciemny samochod na horyzoncie budzi emocje. Czeskich fanow malenka grupa, z zaciekawieniem zerkaja na nasza ekipe, ubrana w forumowe umundurowanie. Podchodzi do nas 2 mezczyzn i pyta lamanym czeskim o bilety, Pablo zaczyna z nimi rozmowe po angielsku, po czym okazuje sie ze to polacy
Jamboree narzeka na problemy gastryczne na tle nerwowym i przypominaja z Pawlem wizyte w zoo u slonia 
Mijaja dlugie minuty, w koncu sa. Wjezdzaja przez bramke i od razu do garazu. W drugim samochodzie Mark. Nie patrzy w nasza strone, mam wrazenie ze jest zasepiony lub zdenerwowany. Od razu znikaja w czelusciach garazu. Emocje opadaja, przychodzi gorycz. Jedziemy przez setki kilometrow i znowu nic. Czekamy jeszcze z nadzieja ze wyjdzie do nas. Nic z tego. Z naszych ust padaja cieple slowa, ale z drugiej strony przeciez wiemy jaki z Marka dzikus i jak ciezko okreslic jego relacje z fanami. Taka praca... W koncu nigdy nie byl specjalnie wylewny ani medialny, wiec czego tu oczekiwac. Dolaczaja do nas Dziadek i Sonia. Tez daja wyraz roczarowaniu, Sonia zaglada do czesci gdzie moze pojawic sie Mark. Nic z tego. Przesympatyczny troglodyta o posturze dorodnego goryla wygania ja z zaplecza hali. Cieszymy sie ze nie wyrwal jej nogi. Jamboree jedzie do centrum po dziewczyny, my melinujemy sie w namiocie z piwem. Nadciaga Dudageo z kolezanka malzonka. Po chwili nadjezdzaja dziwczyny, male piwko przed koncertem nie zawadzi. Wisielczy humor powoli ustepuje. Mark ma wybaczone, w koncu nie bedziemy wieszac psow na gosciu, ktory ma w zasadzie grac muzyke i robie to znakomicie, dajac nam szczesliwe chwile od wielu lat. Mijaja minuty, pod wejsciem zbiera sie grupa fanow. Czas stanac do kolejki i zajac taktyczne pozycje przed ruszeniem na barykady. Tomek, syn Jamborego czestuje nas kawa w cukierkach. To na podniesienie kofeiny przed koncertem. Obgadujemy plan ruszenia, humory coraz lepsze, za chwile beda wpuszczac. Tylko dywagacja na temat wnoszenia aparatow. Uda sie! Musi sie udac! Dolacza Robson w nieodlacznej czapce z Shangri-La. Opowiadamy mu przebieg wydarzen.
W koncu otwieraja bramki. Dziadek chowa w spodniach aparat i robimy przed wejsciem zamieszanie - udalo sie przemycic. Ewa odpada - upierdliwy gowniarz z przerostem ambicji (to pewnie efekt zalozenia oczojebliwej kamizelki) nie wpuszcza jej do srodka. Biedna, biegnie zdenerwoawana do drugiego wejscie. Mamy nadzieje spotkac sie w srodku. Przechodzimy przez bramki, Pablo atakuje po programy i ruuuuuuuszamy pod scene. Hala nieco wieksza od torwaru. Na scenie pyszni sie czerwony fender, nasycony niebieskim swiatlem. Z glosnikow Django Reinhardt. Stoimy. Wokolo Czesi w koszulkach Guns'n'roses i Led Zeppelin. Dyskusja na temat poprawnosci politycznej stroju w koncu na Legie nie idzie sie w koszulce Wisly. Wpychaja sie przed nas dwaj dryblasi, na co jamboree reaguje krotka pyskowka i checia pobicia dryblasa z grzywa rodem z lat osiemdziesiatych. Staje w obronie corki, o malo co nie stratowanej przez Jozina z Bazin. Obok nas drugi wysoki czlowiek - jak sie okazalo sympatyczny Chorwat, wraz z zona w ciazy. Zastanawiam sie czy bidule nie wkomponuja wraz z nienarodzonym potomkiem w barierki. Na szczescie tlum nie napycha. Jamboree biegnie po napoje, zostawia na miejscu buty, aby pilnowaly mu miejsca. Zmeczenie calym dniem daje znac, a tu jeszcze tyle do koncertu... Dam rade. A jak - ze ja nie dam? Zartujemy i stoimy. Czas sie dluzy. Az w koncu gasna swiatla i na scene wchodzi Mark z ekipa.... Jazda sie zaczyna....
CDN
Od rana z wypiekami na twarzy, czytam relacje pokoncertowe. Kolejny dzień rozpoczynam kawš i wejciem na forum. Trzymaja mnie emocje od 2 maja. Dzis dla mnie sympatyczny dzien, autoupgrade do wersji 3,5 - szóstš szóstkę życia - czyli w 2/3 diabelski wiek
Wieczorem zaplanowany grillek z rodzina. Na forum wiele życzeń urodzinowych - bardzo mi miło z tego powodu
Przegladam strony Marka z newsami. I mysle sobie: a moze zrobic sobie urodzinowy prezent i jechac do Pragi na drugi koncert? Hm... Rozmawiam na GG z Macsa, ktory mnie namawia i sam zaluje ze nie moze bo zona na dniach powije potomka. Dzwonie do Jamborego. Nawija mi na ucho takie gadane, ze prawie mnie namawia na wyjazd. Kurcze... Jechac, nie jechac....Wieczorny grill udany, siedze z mama i jej partnerem. I rzucam haslo ze mnie nosi na szybka wycieczke do Pragi - jeden nocleg, szybka jazda i takie tam. Mama mowi ze ona tez chce bo ma swoja lata a nie widziala Pragi, wogole jest zmeczona i potrzeba jej piwko na ladnej starowce i wogole. Jej facet tez chce. Dzwonie do kumpla, rzucam temat, tez sie napala na szybka akcje Jaworzno-Praga. To w koncu tylko 500 km a na calej trasie szybka droga - autostrady. Klamka zapadla. W niedziele skoro swit wyjazd.
9 maja, piatek.
Przychodze do pracy pozno, z efektem pogrillowym i choroba filipinska. Pracownicy racza mnie kawa. Siedze w firmie pol godziny, kupujac jedynie bilet na praski koncert, drukuje e-ticket i ide odpoczywac. Byle do niedzieli.
10 maja, sobota
Konsultuje od rana z Andrzejem temat wyjazdu. Mowi ze chyba nie dojedzie, bo zdrowie mu nie pozwoli. Szkoda. Ja sam sie obawiam jak zniose kilka godzina pod scena, moj kregoslup ostatnio niezbyt dobrze toleruje takie wybryki. Po poludniu dzwoni Jamboree. Sa w Pradze, planuja wypad pod sale koncertowa juz kolo 15, aby lapac Marka w aucie. Umawiamy sie wstepnie na telefon, gdy bede na miejscu. Wieczorem problem. Opuszczam szybe w samochodzie i juz jej nie podnosze. Nerwowe poszukiwanie mechanika w sobotnie popoludnie. Praktycznie nie ma szans. Drugie auto na serwisie. Katastrofa. Sprawdzam pociag z Katowic, jest szansa. Rzutem na tasme sppotykam znajomego elektryka samochodowego, rozbiera tapiecerke w aucie i podpiera szybe od wewnatrz kolkami drewnianymi. Okna nie otworze, ale nie ma to znaczenia, klima dziala. Jestem spakowany i nieprzytomny. 3 dni imprezy daje znac o sobie. Nastawiony budzik na 5,50 rano jest moja koscia w gardle, ale coz. Dam rade.
11 maja, niedziela.
Wyjezdzamy o 6,30. Drogi puste. Pogoda cudna. Kilometry smigaja jaka szalone. Krotki odpoczynek na McKnedlika i dalej w droge. Jestesmy w Pradze kilka minut po 12. Srednia predkosc z trasy 110 km/h. Zakwaterowanie w Hotelu o wdziecznej i dzwiecznej nazwie KUPA i w droge. Metro do pragi, Vaclavskie Namesti i obiad w Czeskiej Kuchni. Dzwoni Jamboree ze sa po drugiej stronie Vaclavskiego - znieram sie i biegne na spotkanie. Czuje juz lekka adrenalinke przedkoncertowa. Czekaja na mnie pod pomnikiem Vaclava. Biegne do przodu - w miedzyczasie dzwoni Andrzej i mowi ze Guy Fletcher obiecal ze pogada z Markiem na temat spotkania. Emocje rosna z kazda chwila, nadziej rozpala serce - 25 lat na to czekam, moze w koncu oda sie uscisnac JEGO dlon? Poznaje zone i corke Jamborego, oraz Ewe nasza (jak sie okazalo pozniej) nadworna Pania Fotograf (Ewunia, tylko bez flesza, tylko bez flesza!!!
.Dziwczyny zostaja w centrum, chlopaki luzaki jada na spotkanie z Markiem. Przygotowujemy szczwany plan dorwania naszego idola. Pakuemy sie na parking i czaimy pod hala koncertowa. Panowie juz wiedza gdzie jest wejscie dla VIP-ow. Na parkingu 2 mercedesy z niemieckimi blachami, podejrzewamy ze to limuzyny Knopflera i spolki. Dolaczaja do nas Dominika z bratem. Emocje sie nasilaja, gdy mercedesy wyjezdzaja i jak podejrzewamy jada po Marka na lotnisko.
Papieros za papierosem, kazdy ciemny samochod na horyzoncie budzi emocje. Czeskich fanow malenka grupa, z zaciekawieniem zerkaja na nasza ekipe, ubrana w forumowe umundurowanie. Podchodzi do nas 2 mezczyzn i pyta lamanym czeskim o bilety, Pablo zaczyna z nimi rozmowe po angielsku, po czym okazuje sie ze to polacy
Jamboree narzeka na problemy gastryczne na tle nerwowym i przypominaja z Pawlem wizyte w zoo u slonia 
Mijaja dlugie minuty, w koncu sa. Wjezdzaja przez bramke i od razu do garazu. W drugim samochodzie Mark. Nie patrzy w nasza strone, mam wrazenie ze jest zasepiony lub zdenerwowany. Od razu znikaja w czelusciach garazu. Emocje opadaja, przychodzi gorycz. Jedziemy przez setki kilometrow i znowu nic. Czekamy jeszcze z nadzieja ze wyjdzie do nas. Nic z tego. Z naszych ust padaja cieple slowa, ale z drugiej strony przeciez wiemy jaki z Marka dzikus i jak ciezko okreslic jego relacje z fanami. Taka praca... W koncu nigdy nie byl specjalnie wylewny ani medialny, wiec czego tu oczekiwac. Dolaczaja do nas Dziadek i Sonia. Tez daja wyraz roczarowaniu, Sonia zaglada do czesci gdzie moze pojawic sie Mark. Nic z tego. Przesympatyczny troglodyta o posturze dorodnego goryla wygania ja z zaplecza hali. Cieszymy sie ze nie wyrwal jej nogi. Jamboree jedzie do centrum po dziewczyny, my melinujemy sie w namiocie z piwem. Nadciaga Dudageo z kolezanka malzonka. Po chwili nadjezdzaja dziwczyny, male piwko przed koncertem nie zawadzi. Wisielczy humor powoli ustepuje. Mark ma wybaczone, w koncu nie bedziemy wieszac psow na gosciu, ktory ma w zasadzie grac muzyke i robie to znakomicie, dajac nam szczesliwe chwile od wielu lat. Mijaja minuty, pod wejsciem zbiera sie grupa fanow. Czas stanac do kolejki i zajac taktyczne pozycje przed ruszeniem na barykady. Tomek, syn Jamborego czestuje nas kawa w cukierkach. To na podniesienie kofeiny przed koncertem. Obgadujemy plan ruszenia, humory coraz lepsze, za chwile beda wpuszczac. Tylko dywagacja na temat wnoszenia aparatow. Uda sie! Musi sie udac! Dolacza Robson w nieodlacznej czapce z Shangri-La. Opowiadamy mu przebieg wydarzen.
W koncu otwieraja bramki. Dziadek chowa w spodniach aparat i robimy przed wejsciem zamieszanie - udalo sie przemycic. Ewa odpada - upierdliwy gowniarz z przerostem ambicji (to pewnie efekt zalozenia oczojebliwej kamizelki) nie wpuszcza jej do srodka. Biedna, biegnie zdenerwoawana do drugiego wejscie. Mamy nadzieje spotkac sie w srodku. Przechodzimy przez bramki, Pablo atakuje po programy i ruuuuuuuszamy pod scene. Hala nieco wieksza od torwaru. Na scenie pyszni sie czerwony fender, nasycony niebieskim swiatlem. Z glosnikow Django Reinhardt. Stoimy. Wokolo Czesi w koszulkach Guns'n'roses i Led Zeppelin. Dyskusja na temat poprawnosci politycznej stroju w koncu na Legie nie idzie sie w koszulce Wisly. Wpychaja sie przed nas dwaj dryblasi, na co jamboree reaguje krotka pyskowka i checia pobicia dryblasa z grzywa rodem z lat osiemdziesiatych. Staje w obronie corki, o malo co nie stratowanej przez Jozina z Bazin. Obok nas drugi wysoki czlowiek - jak sie okazalo sympatyczny Chorwat, wraz z zona w ciazy. Zastanawiam sie czy bidule nie wkomponuja wraz z nienarodzonym potomkiem w barierki. Na szczescie tlum nie napycha. Jamboree biegnie po napoje, zostawia na miejscu buty, aby pilnowaly mu miejsca. Zmeczenie calym dniem daje znac, a tu jeszcze tyle do koncertu... Dam rade. A jak - ze ja nie dam? Zartujemy i stoimy. Czas sie dluzy. Az w koncu gasna swiatla i na scene wchodzi Mark z ekipa.... Jazda sie zaczyna....
CDN
and it's your face I'm looking for on every street...

