12.05.2008, 14:25
Ilsley mi zawsze pasowal. hal tez byl fajny. a co do solowek: w 83 roku dire straits = mark knopfler. na innych prawie nie zwracano uwagi. gdy dolaczyl guy i chris (saksofonista, poprawcie jezeli pomylilem imie) bylo ich juz 7, wiec troche ciezej zostawac bogiem, totez jack tez mial okazje zablysnac. na trasie oes doszlo jeszcze dwoch, bo hawajska gitara i drugi perkusista, a w 9osobowym skladzie nie moznaby sie skupic tylko i wylacznie na jednym. mark jest arcygeniuszem, ale nie mozna oczekiwac zeby ciagneli do niego najlepsi gitarzysci, jesli nie daje im okazji sobie pograc, tak jak bylo w the police.
Love, Peace & Dire Straits

