28.03.2007, 03:21
Film poczštkowo trochę mnie przygnębił. Potem za odnalazłem podobieństwo między losami bohatera i moim. Miałem wówczas narzeczonš, pod kilkoma względami niemal alter ego Marion. I też stanšłem na rozdrożu. Choć jeszcze kilka lat potrwało zanim wybrałem tę samš drogę co Chris - powiedzmy, małej stabilizacji, to jednak zaistniała pewna analogia.
Ciekawe jak potoczyło się rodzinne życie Chrisa. Moje - fatalnie. Wprawdzie nie wylšdowałem w żadnym Metroland, które stałoby się moim "stanem duszy", ale odczułem na własnej duszy próby wtłoczenia mnie w doć ciasne ramy i nadania na siłę upokarzajšcej roli w naszej małej grupie społecznej. Skończyło się, rzecz jasna, rozwodem. Ale to już inna historia.
Co za do wartoci artystycznych, "Metroland" nie jest raczej dziełem wybitnym. Gdyby nie muzyka (która de facto przycišgnęła mnie do kina) i kontekst osobisty, pewnie puciłbym ten film w niepamięć.
Ciekawe jak potoczyło się rodzinne życie Chrisa. Moje - fatalnie. Wprawdzie nie wylšdowałem w żadnym Metroland, które stałoby się moim "stanem duszy", ale odczułem na własnej duszy próby wtłoczenia mnie w doć ciasne ramy i nadania na siłę upokarzajšcej roli w naszej małej grupie społecznej. Skończyło się, rzecz jasna, rozwodem. Ale to już inna historia.
Co za do wartoci artystycznych, "Metroland" nie jest raczej dziełem wybitnym. Gdyby nie muzyka (która de facto przycišgnęła mnie do kina) i kontekst osobisty, pewnie puciłbym ten film w niepamięć.

