20.05.2005, 21:03
Koncert w Bazylei - byłam wtedy na jakimś zupełnym początku liceum i nie bardzo kojarzyłam jakąkolwiek muzykę poza Scorpionsami i Guns n' Roses wałkowanymi przez mojego brata, no i starym country ojca. Usiadłam do kolacji, ktoś włączył telewizor, pierwsze dźwięki... Zastygłam z widelcem w ręku. Nawet pamiętam, że miałam jeść twarożek z truskawkami - dokończyłam go 2 godziny później. Potem było zbieranie na kolejne kasety, kolekcja wycinków z gazet i książęczek z tłumaczonymi tekstami, a potem skarb - biografia Marka znaleziona w angielskiej bibliotece, gdzie wybrałam się po jakieś proste bajeczki. Odbiłam sobie tę książkę na ksero i uczyłam się z niej wszystkiego - i języka (co drugie słowo sprawdzane w słowniku), i muzyki - czytając o inspiracjach Marka odkryłam Cale'a, Dylana... List do Marka sklecony po angielsku najbardziej niegramatycznie jak się da. Zdjęcia z autografem, znalezione w skrzynce kilka tygodni później. Potem noce zawalane na Trójkę i "Klub pogodnych nut Marka Knopflera" (czy jakoś tak). Płyty odkrywane i przegrywane w Digitalu, wielkiej oficjalnej piratowni. Współlokator mojego kolegi-gitarzysty, który pewnego dnia znikł z jego - i moimi pożyczonymi kasetami (przepadły nagrania "Klubu...", Chet Atkins, Notting Hillbillies, David Knopfler...). Zasypianie z Telegraph Road i Private Investigations w słuchawkach... Koszmarnie upalne wakacyjne noce w słupskim hotelu z Tunnel of Love na rozpływającej się z gorąca taśmie w nierówno chodzącym magnetofonie... Nocna jazda z Kolonii do Warszawy z "Golden Heart" lecącym całą drogę...
Tak naprawdę to od Dire Straits - i tego koncertu - zaczęło się wszystko :)
Tak naprawdę to od Dire Straits - i tego koncertu - zaczęło się wszystko :)
