11.02.2007, 19:21
Romek, przywołałe niesamowite wspomnienia...
Nie wiem czy Numitor nam wybaczy takie dygresje w tym wštku, ale nie potrafię się powstrzymać aby nie powiedzieć choć kilku słów
.
Dla mnie zaczęło się latem 1998r. Byłem wtedy na praktykach studenckich w Anglii, co sprowadzało się w moim przypadku do rozwożenia truskawek do centrów dystrybucji w całej południowej Anglii. Jedziłem po południowych hrabstwach małš ciężarówkš i zawsze tak ustawiałem sobie trasę, aby jak najwięcej przy okazji zobaczyć. Podczas jednego z takich codziennych wyjazdów usłyszałem zupełnie przypadkiem (właciwie to nie przypadkiem bo przypadków nie ma
) jak prowadzšcy program informuje słuchaczy o atrakcjach nadchodzšcego weekendu. Nie wyłapałem zbyt wiele, ale wystarczajšco, aby puls mi podskoczył a wyobrania zaczęła działać 'overtime'
. "...coming weekend...Notting Hillbillies...Knopfler....London..." - to była mniej więcej całoć wypowiedzi jaka do mnie dotarła ale wiedziałem już, co będę robić w nadchodzšcy weekend. W najbliższš sobotę wybrałem się do Londynu autobusem (3 godziny jazdy) zupełnie w ciemno. Pierwszš rzeczš jakš zrobiłem było sprawdzenie w gazecie czy to faktycznie jest prawda. Była!!!
. Obok magicznej nazwy "The Notting Hillbillies" widniała równie magiczna nazwa "Ronnie Scott's". I tyle. Nie wiedziałem gdzie to jest ani co to jest, ani gdzie tego szukać. Może to wydać się Wam mieszne, ale znaleć się nagle w centrum ogromnej metropolii z jednš nazwš jako odnonik, majšc do dyspozycji kilka godzin zaledwie na znalezienie tego miejsca... to było dla mnie duże wyzwanie, ale jakże inspirujšce! Ja wiedziałem, że MUSZĘ się tam znaleć tego wieczora. Rozpoczęły się poszukiwania. Przechodnie na ulicy tylko wzruszali ramionami gdy pytałem o Ronnie Scott's. W końcu kto mi powiedział, że to klub jazzowy na West Endzie. To znacznie zawęziło poszukiwania, ale i tak wydawało się mało możliwe, że trafię tam przypadkiem. Dalsze poszukiwania zaczšłem od pubów... I to był strzał w dziesištkę. Już w pierwszym do którego wszedłem powiedziano mi, że Ronnie Scott's to całkiem niedaleko, kilka przecznic dalej, na ulicy Firth Street odchodzšcej od słynnej Shaftesbury Avenue. Możecie wyobrazić sobie mojš radoć jak odnalazłem ten budynek wtopiony w rzšd kamienic. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy po drugiej stronie tejże ulicy ujrzałem kawiarnię Angellucci's... Wiedziałem, że jestem we właciwym miejscu
.
Dziarsko wmaszerowałem do klubu Ronniego proszšc z rozbrajajšcym usmiechem o bilecik na wieczorny koncert, na co czarnoskóry portier parsknšł serdecznym miechem mówišc mi, że bileciki rozeszły się 10 miesięcy temu w cišgu dwóch dni. Nie powiem, żeby dodał mi w ten sposób animuszu... Portier widzšc mojš zdezorientowanš (i jakże zawiedzionš) minę oznajmił, że mogę przyjć przed koncertem i wtedy będš sprzedawać jeszcze bilety na tzw miejsca stojšce. Wiedziałem, że to ostatnia szansa. Miałem kilka godzin, więc poszedłem na spacer po Wild West End a na godzinę przed koncertem udałem sie z powrotem na Firth Street i ...zobaczyłem najdłuższš kolejkę w swoim życiu... W swojej ignorancji nie wzišłem niestety pod uwagę, że nie byłem jedynym w takiej sytuacji bez biletowej. Nic to, ustawiłem się w ten przerażajšco długi ogon i czekałem. Udało się. Będšc już w rodku, nie mogłęm uwierzyć, że w tak małej, intymnej sali, za chwilę zagra lider jednej z największych grup wiata. To było jak sen. Stałem w odległoci kilku metrów od instrumentów ustawionych na scenie a ludzie, którzy stali ze mnš w kolejce rozlokowali się w każdym możliwym zakamarku tego przybytku. Klub jest bardzo elegancki. Zaraz przy scenie (malutkiej) stoi kilkanacie stolików a wokół nich znajduje się niska balustrada, którš okupowała większoć włacicieli biletów 'stojšcych'. Półmrok wyworzony przez nastrojowe lampy, na cianach zdjęcia artystów i co wybitniejszych goci klubu, z boku sceny bar z piwem lejšcym się strumieniami. Przyznam że żal było się ruszyc z mojego miejsca przy balustradzie aby nabyc piwo. Bałem się, że ktos zajmie mi startegicznš pozycję w widokiem na Maestro
, póniej okazało się, że barmani chodzš po całej sali zbierajšc zamówienia na zimne kufle, z czego skorzystałem. Koncert rozpoczšł się od występu Dave'a O'Higginsa, podobnie jak rok póniej, kiedy byłem tam z Romkiem. Ja również traktowałem ten występ jako zło konieczne, aby za chwilkę usłyszeć włanie TO... Wiele razy tego wieczora wydawało mi się, że to sen. Mark Knopfler siedział kilka metrów ode mnie, popijał piwko i grał ze swoimi kumplami -specjalnie dla mnie, wtedy nie miałem co do tego wštpliwoci... Wród wielu tytułów zupełnie mi nieznanych, TNH grali wtedy wiele starych standardów Presley'a, Roberta Johnsona, Chucka Berry'ego (jak słynna Nadine) pojawiały się zupełnie absolutnie magiczne brzmienia jak: Water Of Love, Why Worry czy Setting Me Up... Your Own Sweet Way, Railroad Worksong czy Are We In Trouble Now... W końcu też Wild Theme i kończšcy wieczór The Next Time I'm In Town... Byli znakomici gocie... Chris White, ozdabiajšcy swym saksofonem co niektóre numery, podobnie Chris Barber na puzonie, czy Bobby Valentino na skrzypcach. Po wszystkim, nie chciało mi się wychodzić... Była 2 w nocy, Dave O'Higgins wyszedł ponownie na scenę by jazzować jeszcze godzinkę a ja nie majšc nic lepszego do roboty postanowiłem zostać tam tak długo jak się da, gdyż mój autobus powrotny był dopiero rano. W końc klub zaczšł pustoszeć więc i ja postanowiłem wyjć i łyknšć wieżego powietrza. Na zewnštrz było juz pustawo, 3 nad ranem, londyńska ciepła noc, przed wejciem do klubu stoi czarny Jaguar a obok niego kierowca wyranie czekajšc na kogo... Stanšłem jak wryty i zapytałem czy czeka na tego Kogo o kim mylę
. Pan kierowca usmiechšł się i powiedział: "Nie wiem o kim pan myli, ale tak.. czekam na Niego, zaraz wyjdzie". Tego było już troche za wiele jak na dzień bogaty we wrażenia... stanšłem więc obok pana kierowcy i czekalimy... Po 5 minutach jak gdyby nigdy nic z klubu wyszedł Mark Knopfler, przywitał się a nami (!!!
, pan kierowca otworzył mu tylne drzwi, ja byłem tak totalnie zaskoczony, że nie zdołałem zrobić absolutnie nic... Wybełkotałem tylko cos w rodzaju "Thank You, Mark"... patrzšc cały cas na mojš dłoń, która jeszcze przed chwilš czuła ucisk Mistrza, a Maestro pokiwał mi już z samochodu po czym oddalił się w londyńskš noc...
Cóż, oczywicie nikt nie chciał mi uwierzyć po powrocie na farmę (na której pracowałem) że byłem na kameralnym koncercie Marka Knopflera, mało tego, że tuz po nim ciskałem jego dłoń... A ja wiedziałem, że w przyszłym roku będę czujny i na pewno jeszcze przyjadę do klubu Ronniego Scott'a. I tak się stało! Romek (Anrom) opowiedział już jak to wyglšdało następnego lata... Było wspaniale a dodam jeszcze tylko, że biletów przy stolikach nie udało nam się zdobyc i podobnie jak ja rok wczeniej - mielismy miejsca stojšce. Nie przeszkodziło to jednak w znakomitym odbiorze jednych z najlepszych koncertów, jakie dane nam było oglšdać. Ponownie na scenie było wielu goci: Chris White, Chris Barber, Bobby Valentino. Wród goci na widowni pojawił się John Illsley a na bębnach oczywicie grał Ed Bicknell, który pozyczał od Anroma flamaster do autografów
. Bedšc tak daleko i wiedzšc, że te koncerty odbywajš się przez cał tydzień, zdecydowalismy się pójc na dwa pod rzšd. Jeden z nich został profesjonalnie nagrany przez Romka, drugi już przeżywalimy bez sprzętów audiowizualnych.
Z takich zabawnych incydentów pamiętam, że po koncercie poszedłem do ubikacji, i chcšc wyjć z kabiny zostałem przyblokowany. Jak już mnie wypuszczono okazało się, że Mistrzowi zachciało się siusiu i wszelki ruch w toalecie został wstrzymany przez ochronę
. No cóż... Mistrz też człowiek B)
Ale... atmosfera West Endu, małego kameralnego klubu, legendarna muzyka, to co co zostanie w nas do końca, jestem przekonany. Jeli będziecie mieli kiedy okazję aby zobaczyc Maestro w tak niesamowicie intymnym otoczeniu (i nie myslę tu o ubikacji
) to zdecydowanie nie opuccie takiej okazji. Jest warta wszelkich wyrzeczeń. Dzięki Romek, że byłe tam wtedy ze mnš! Pozdrawiam
Nie wiem czy Numitor nam wybaczy takie dygresje w tym wštku, ale nie potrafię się powstrzymać aby nie powiedzieć choć kilku słów
.Dla mnie zaczęło się latem 1998r. Byłem wtedy na praktykach studenckich w Anglii, co sprowadzało się w moim przypadku do rozwożenia truskawek do centrów dystrybucji w całej południowej Anglii. Jedziłem po południowych hrabstwach małš ciężarówkš i zawsze tak ustawiałem sobie trasę, aby jak najwięcej przy okazji zobaczyć. Podczas jednego z takich codziennych wyjazdów usłyszałem zupełnie przypadkiem (właciwie to nie przypadkiem bo przypadków nie ma
) jak prowadzšcy program informuje słuchaczy o atrakcjach nadchodzšcego weekendu. Nie wyłapałem zbyt wiele, ale wystarczajšco, aby puls mi podskoczył a wyobrania zaczęła działać 'overtime'
. "...coming weekend...Notting Hillbillies...Knopfler....London..." - to była mniej więcej całoć wypowiedzi jaka do mnie dotarła ale wiedziałem już, co będę robić w nadchodzšcy weekend. W najbliższš sobotę wybrałem się do Londynu autobusem (3 godziny jazdy) zupełnie w ciemno. Pierwszš rzeczš jakš zrobiłem było sprawdzenie w gazecie czy to faktycznie jest prawda. Była!!!
. Obok magicznej nazwy "The Notting Hillbillies" widniała równie magiczna nazwa "Ronnie Scott's". I tyle. Nie wiedziałem gdzie to jest ani co to jest, ani gdzie tego szukać. Może to wydać się Wam mieszne, ale znaleć się nagle w centrum ogromnej metropolii z jednš nazwš jako odnonik, majšc do dyspozycji kilka godzin zaledwie na znalezienie tego miejsca... to było dla mnie duże wyzwanie, ale jakże inspirujšce! Ja wiedziałem, że MUSZĘ się tam znaleć tego wieczora. Rozpoczęły się poszukiwania. Przechodnie na ulicy tylko wzruszali ramionami gdy pytałem o Ronnie Scott's. W końcu kto mi powiedział, że to klub jazzowy na West Endzie. To znacznie zawęziło poszukiwania, ale i tak wydawało się mało możliwe, że trafię tam przypadkiem. Dalsze poszukiwania zaczšłem od pubów... I to był strzał w dziesištkę. Już w pierwszym do którego wszedłem powiedziano mi, że Ronnie Scott's to całkiem niedaleko, kilka przecznic dalej, na ulicy Firth Street odchodzšcej od słynnej Shaftesbury Avenue. Możecie wyobrazić sobie mojš radoć jak odnalazłem ten budynek wtopiony w rzšd kamienic. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy po drugiej stronie tejże ulicy ujrzałem kawiarnię Angellucci's... Wiedziałem, że jestem we właciwym miejscu
.Dziarsko wmaszerowałem do klubu Ronniego proszšc z rozbrajajšcym usmiechem o bilecik na wieczorny koncert, na co czarnoskóry portier parsknšł serdecznym miechem mówišc mi, że bileciki rozeszły się 10 miesięcy temu w cišgu dwóch dni. Nie powiem, żeby dodał mi w ten sposób animuszu... Portier widzšc mojš zdezorientowanš (i jakże zawiedzionš) minę oznajmił, że mogę przyjć przed koncertem i wtedy będš sprzedawać jeszcze bilety na tzw miejsca stojšce. Wiedziałem, że to ostatnia szansa. Miałem kilka godzin, więc poszedłem na spacer po Wild West End a na godzinę przed koncertem udałem sie z powrotem na Firth Street i ...zobaczyłem najdłuższš kolejkę w swoim życiu... W swojej ignorancji nie wzišłem niestety pod uwagę, że nie byłem jedynym w takiej sytuacji bez biletowej. Nic to, ustawiłem się w ten przerażajšco długi ogon i czekałem. Udało się. Będšc już w rodku, nie mogłęm uwierzyć, że w tak małej, intymnej sali, za chwilę zagra lider jednej z największych grup wiata. To było jak sen. Stałem w odległoci kilku metrów od instrumentów ustawionych na scenie a ludzie, którzy stali ze mnš w kolejce rozlokowali się w każdym możliwym zakamarku tego przybytku. Klub jest bardzo elegancki. Zaraz przy scenie (malutkiej) stoi kilkanacie stolików a wokół nich znajduje się niska balustrada, którš okupowała większoć włacicieli biletów 'stojšcych'. Półmrok wyworzony przez nastrojowe lampy, na cianach zdjęcia artystów i co wybitniejszych goci klubu, z boku sceny bar z piwem lejšcym się strumieniami. Przyznam że żal było się ruszyc z mojego miejsca przy balustradzie aby nabyc piwo. Bałem się, że ktos zajmie mi startegicznš pozycję w widokiem na Maestro
, póniej okazało się, że barmani chodzš po całej sali zbierajšc zamówienia na zimne kufle, z czego skorzystałem. Koncert rozpoczšł się od występu Dave'a O'Higginsa, podobnie jak rok póniej, kiedy byłem tam z Romkiem. Ja również traktowałem ten występ jako zło konieczne, aby za chwilkę usłyszeć włanie TO... Wiele razy tego wieczora wydawało mi się, że to sen. Mark Knopfler siedział kilka metrów ode mnie, popijał piwko i grał ze swoimi kumplami -specjalnie dla mnie, wtedy nie miałem co do tego wštpliwoci... Wród wielu tytułów zupełnie mi nieznanych, TNH grali wtedy wiele starych standardów Presley'a, Roberta Johnsona, Chucka Berry'ego (jak słynna Nadine) pojawiały się zupełnie absolutnie magiczne brzmienia jak: Water Of Love, Why Worry czy Setting Me Up... Your Own Sweet Way, Railroad Worksong czy Are We In Trouble Now... W końcu też Wild Theme i kończšcy wieczór The Next Time I'm In Town... Byli znakomici gocie... Chris White, ozdabiajšcy swym saksofonem co niektóre numery, podobnie Chris Barber na puzonie, czy Bobby Valentino na skrzypcach. Po wszystkim, nie chciało mi się wychodzić... Była 2 w nocy, Dave O'Higgins wyszedł ponownie na scenę by jazzować jeszcze godzinkę a ja nie majšc nic lepszego do roboty postanowiłem zostać tam tak długo jak się da, gdyż mój autobus powrotny był dopiero rano. W końc klub zaczšł pustoszeć więc i ja postanowiłem wyjć i łyknšć wieżego powietrza. Na zewnštrz było juz pustawo, 3 nad ranem, londyńska ciepła noc, przed wejciem do klubu stoi czarny Jaguar a obok niego kierowca wyranie czekajšc na kogo... Stanšłem jak wryty i zapytałem czy czeka na tego Kogo o kim mylę
. Pan kierowca usmiechšł się i powiedział: "Nie wiem o kim pan myli, ale tak.. czekam na Niego, zaraz wyjdzie". Tego było już troche za wiele jak na dzień bogaty we wrażenia... stanšłem więc obok pana kierowcy i czekalimy... Po 5 minutach jak gdyby nigdy nic z klubu wyszedł Mark Knopfler, przywitał się a nami (!!!
, pan kierowca otworzył mu tylne drzwi, ja byłem tak totalnie zaskoczony, że nie zdołałem zrobić absolutnie nic... Wybełkotałem tylko cos w rodzaju "Thank You, Mark"... patrzšc cały cas na mojš dłoń, która jeszcze przed chwilš czuła ucisk Mistrza, a Maestro pokiwał mi już z samochodu po czym oddalił się w londyńskš noc... Cóż, oczywicie nikt nie chciał mi uwierzyć po powrocie na farmę (na której pracowałem) że byłem na kameralnym koncercie Marka Knopflera, mało tego, że tuz po nim ciskałem jego dłoń... A ja wiedziałem, że w przyszłym roku będę czujny i na pewno jeszcze przyjadę do klubu Ronniego Scott'a. I tak się stało! Romek (Anrom) opowiedział już jak to wyglšdało następnego lata... Było wspaniale a dodam jeszcze tylko, że biletów przy stolikach nie udało nam się zdobyc i podobnie jak ja rok wczeniej - mielismy miejsca stojšce. Nie przeszkodziło to jednak w znakomitym odbiorze jednych z najlepszych koncertów, jakie dane nam było oglšdać. Ponownie na scenie było wielu goci: Chris White, Chris Barber, Bobby Valentino. Wród goci na widowni pojawił się John Illsley a na bębnach oczywicie grał Ed Bicknell, który pozyczał od Anroma flamaster do autografów
. Bedšc tak daleko i wiedzšc, że te koncerty odbywajš się przez cał tydzień, zdecydowalismy się pójc na dwa pod rzšd. Jeden z nich został profesjonalnie nagrany przez Romka, drugi już przeżywalimy bez sprzętów audiowizualnych. Z takich zabawnych incydentów pamiętam, że po koncercie poszedłem do ubikacji, i chcšc wyjć z kabiny zostałem przyblokowany. Jak już mnie wypuszczono okazało się, że Mistrzowi zachciało się siusiu i wszelki ruch w toalecie został wstrzymany przez ochronę
. No cóż... Mistrz też człowiek B) Ale... atmosfera West Endu, małego kameralnego klubu, legendarna muzyka, to co co zostanie w nas do końca, jestem przekonany. Jeli będziecie mieli kiedy okazję aby zobaczyc Maestro w tak niesamowicie intymnym otoczeniu (i nie myslę tu o ubikacji
) to zdecydowanie nie opuccie takiej okazji. Jest warta wszelkich wyrzeczeń. Dzięki Romek, że byłe tam wtedy ze mnš! Pozdrawiam
...Well He's a big star now but I've been a fan of his for years,
the way he sings and plays guitar still brings me to tears...
the way he sings and plays guitar still brings me to tears...

