11.02.2007, 10:41
Oj, to było już jaki czas temu...
Trzeba by obejrzeć raz jeszcze zdjęcia i ruszyć pamięciš wstecz...
Dla mnie zaczęło się od tego, że Kuba w styczniu albo w lutym 1999 , na korytarzu naszej uczelni podszedł do mnie i zapytał, czy pamiętam nasz wyjazd do Pragi na koncert Maestro w 1996. Od razu wiedziałem że co knuje!
Jak się okazało się, wyczytał w internecie że w lipcu będzie set 6-ciu koncertów w Londynie. W małym klubie, który akurat zna, bo rok wczeniej był tam na koncercie... Marka Knopflera.
Ta wiadomoć była dla mnie jak uderzenie młotem. Miałem po raz drugi zobaczyć maestro i to z odległoci kilku metrów!
Zaczęło się goršczkowe zbieranie funduszy, bo że pojedziemy - nie było żadnych wštpliwoci.
Wiem, że przy dowiadczeniach Kuby i paru innych forumowiczów mogę się schować, ale dla mnie to jest do dzi najpiękniejszy wyjazd, jaki dane mi było przeżyć.
Londyn w całej swej wielkomiejskoci, hałasie i brudzie (miejscami) zauroczył mnie od pierwszej chwili. To miasto ma co w sobie...
Ok. 6.00 rano dojechalimy na miejsce, w schronisku w. Krzysztofa (patrona podróżnych) po kilku minutach walenia do drzwi wyszedł jaki osobnik i powiedział, że teraz wszyscy piš i że mamy przyjć o 10.00
Potem Kuba zrobił nam kilkugodzinnš wycieczkę ladami MK, a wieczorem ta trasa zawiodła nas pod drzwi klubu Ronniego Scotta.
Stalimy przy tylnej cianie, ale i tak do sceny mielimy nie więcej niż jakie 7 - 10 m.
Na poczštek na rozgrzewkę grał Dave O'Higgins na saksofonie ze swoim bandem - muzyka jak dla mnie wówczas nie do zniesienia - zbyt nowoczesny jazz. No ale warto było znieć te dwięki, bo oto ok. 23.00 na scenie pojawił się zespół The Notting Hillbillies. Mark wszedł - a jakże - ostatni. I pamietam, że byłem pod niesamowitym wrażeniem myli, że oto ja - człowiek ze wschodu, tak niedawno zza żelaznej kurtynty - teraz jestem tutaj pomiędzy londyńczykami i uczestnicze w ich życiu. Takim zwyczajnym. To była roda, czyli normalny dzień pracy. Fakt, że Mark nie codzień gra koncerty, nawet w tym miecie, ale wiadomoć, że ludzie dookoła nie wiedzš kim my jestemy, że przyjechalimy na ten malutki (pod względem iloći widzów) koncert z tak daleka był dla mnie niesamowity. Po raz pierwszy widziałem Zachód od podszewki i to w samym jego seru - w centrum Londynu na wieczornym koncercie dla garstki miejscowych.
Dzięki Ci Kuba raz jeszcze za ten wyjazd!
No i zaczęło się - mniej więcej połowy piosenek nie znałem wtedy. Majšc w pamięci duże koncerty, zwłaszcza Bazyleę byłe zaskoczony surowociš wykonania wielu utworów. Piosenkš Calling Elvis to chyba nawet byłem zawiedziony.
To tyle tak dookoła. Wiem, że relacja z samego koncertu dużo lepiej wypadnie w wykonaniu Kuby. Kuba - zapraszam ^_^
Trzeba by obejrzeć raz jeszcze zdjęcia i ruszyć pamięciš wstecz...
Dla mnie zaczęło się od tego, że Kuba w styczniu albo w lutym 1999 , na korytarzu naszej uczelni podszedł do mnie i zapytał, czy pamiętam nasz wyjazd do Pragi na koncert Maestro w 1996. Od razu wiedziałem że co knuje!
Jak się okazało się, wyczytał w internecie że w lipcu będzie set 6-ciu koncertów w Londynie. W małym klubie, który akurat zna, bo rok wczeniej był tam na koncercie... Marka Knopflera.
Ta wiadomoć była dla mnie jak uderzenie młotem. Miałem po raz drugi zobaczyć maestro i to z odległoci kilku metrów!
Zaczęło się goršczkowe zbieranie funduszy, bo że pojedziemy - nie było żadnych wštpliwoci.
Wiem, że przy dowiadczeniach Kuby i paru innych forumowiczów mogę się schować, ale dla mnie to jest do dzi najpiękniejszy wyjazd, jaki dane mi było przeżyć.
Londyn w całej swej wielkomiejskoci, hałasie i brudzie (miejscami) zauroczył mnie od pierwszej chwili. To miasto ma co w sobie...
Ok. 6.00 rano dojechalimy na miejsce, w schronisku w. Krzysztofa (patrona podróżnych) po kilku minutach walenia do drzwi wyszedł jaki osobnik i powiedział, że teraz wszyscy piš i że mamy przyjć o 10.00
Potem Kuba zrobił nam kilkugodzinnš wycieczkę ladami MK, a wieczorem ta trasa zawiodła nas pod drzwi klubu Ronniego Scotta.
Stalimy przy tylnej cianie, ale i tak do sceny mielimy nie więcej niż jakie 7 - 10 m.
Na poczštek na rozgrzewkę grał Dave O'Higgins na saksofonie ze swoim bandem - muzyka jak dla mnie wówczas nie do zniesienia - zbyt nowoczesny jazz. No ale warto było znieć te dwięki, bo oto ok. 23.00 na scenie pojawił się zespół The Notting Hillbillies. Mark wszedł - a jakże - ostatni. I pamietam, że byłem pod niesamowitym wrażeniem myli, że oto ja - człowiek ze wschodu, tak niedawno zza żelaznej kurtynty - teraz jestem tutaj pomiędzy londyńczykami i uczestnicze w ich życiu. Takim zwyczajnym. To była roda, czyli normalny dzień pracy. Fakt, że Mark nie codzień gra koncerty, nawet w tym miecie, ale wiadomoć, że ludzie dookoła nie wiedzš kim my jestemy, że przyjechalimy na ten malutki (pod względem iloći widzów) koncert z tak daleka był dla mnie niesamowity. Po raz pierwszy widziałem Zachód od podszewki i to w samym jego seru - w centrum Londynu na wieczornym koncercie dla garstki miejscowych.
Dzięki Ci Kuba raz jeszcze za ten wyjazd!
No i zaczęło się - mniej więcej połowy piosenek nie znałem wtedy. Majšc w pamięci duże koncerty, zwłaszcza Bazyleę byłe zaskoczony surowociš wykonania wielu utworów. Piosenkš Calling Elvis to chyba nawet byłem zawiedziony.
To tyle tak dookoła. Wiem, że relacja z samego koncertu dużo lepiej wypadnie w wykonaniu Kuby. Kuba - zapraszam ^_^
„ten sławny koncert DS z Bazylei” … „zdarlem te tasme do czarno-bialosci....”

