14.10.2006, 15:26
No, to może ja spróbuję. Trochę krótka i sam nie wiem, czy moja recenzja to taka prawdziwa recenzja, którš tu bycie chcieli widzieć. Zatem, jakby co, to szczerze prosiłbym o jej usunięcie. Zastrzegam też, że moja "recenzja" nie będzie brała pod uwagę wielu czynników składajšcych się na proces powstawania danej płyty (większoć z Was ma wiedzę na temat Marka tak obszernš, że znacie odniesienie każdego słowa w jego piosence do konkretnej sytuacji, zdarzenia zwišzanej z Markiem lub tematem, który zwykl poruszać, itp...). Zatem moje recenzje będš raczej cechować personalne odczucie muzyczne. O tak o!
Przyznam, że płyta "Dire Straits" nie od razu przypadła mi do gustu. Nie od niej zaczynałem zaprzyjanianie się z twórczociš DS. Dynamika utworów "Walk Of Live" czy "Expresso Love" (od nich zaczynałem...) nieco nie współgrała z nieco alternatywnym punktem, który został zaprezentowany na płycie. Jest to zatem jeszcze niedojrzały Mark Knopfler, który dopiero szuka swej drogi. Dla wielu moich znajomych ta płyta była najlesza w całej twórczoci DS. Jest to możliwe! Jak najbardziej. Może taki młodzieńczy, jeszcze troszkę nieokrzesany styl muzyka podoba się najbardziej.
Do rzeczy. Otwierajšcy wszystko "Down to the Waterline" jest dynamiczny, z pomysłem. Zachęca słuchacza do dalszego słuchania. Trzeci utwór, "Setting me up" w moim przekonaiu, już nieco zachwiewa tę pewnoć. Jest zbyt groteskowy, "na hurra". Po chwili następuje zmiana i mamy do czynienia z "Six blade knife". To taki zaczštek tego, co mamy współczenie serwowane od Marka. Powolny blues, zabawa z gitarš, prosty rytm. Tak tam improwizacja. rednie. "Southbound Again" znów jakby z innej bajki, bez nutki przewodniej w utworze. Tego nie lubię. Z Sułtanami jest już pięknie. Ten utwór stanowi korzenie płyty. Na nim wszytsko się trzyma. Nieprzypadkowo znalazł się w rodku setlisty. Szkoda tylko, że tak szybko się kończy, ale to już stary temat. Utwór ratuje spoistoć całego wydania. mało tego, orzewia płytę - a właciwie jej dalszš czeć. Od tej pory mamy pomysł na grę. Przepięknie zagrane "Wild West End" jest tego przykładem. Warto zatem czekać na koniec płyty. Tutaj pokazuje się przyszły Mistrz.
Płyta jest rednio udana, kiedy zważymy na to, co nastało póniej. Sa momenty, jak w utworze "In the Gallery", kiedy pojawia się tak charakterystyczny rwany slide Marka. Można zatem rzec, że płyta otwiera nowy rozdział w historii rocka. Pod tym względem "Dire Straits" jest fenomenem. Szkoda tylko słabych momentów. Jednak takie klasyki, jak "Sultans Of Swing" czy "Wild West End" starczyłyby na zapełnienie nie jednej dobrej płyty.
"Dire Straits" jest prosta, nieskomplikowana. Nie zmusza odbiorcy do wysiłku. Skłania wręcz do zajęcia się czym jeszcze oprócz samego tylko słuchania. Rytmiczne chórki zza głosu Marka kojš i pozwalajš odpłynšć. A to potrafi być grone...
Przyznam, że płyta "Dire Straits" nie od razu przypadła mi do gustu. Nie od niej zaczynałem zaprzyjanianie się z twórczociš DS. Dynamika utworów "Walk Of Live" czy "Expresso Love" (od nich zaczynałem...) nieco nie współgrała z nieco alternatywnym punktem, który został zaprezentowany na płycie. Jest to zatem jeszcze niedojrzały Mark Knopfler, który dopiero szuka swej drogi. Dla wielu moich znajomych ta płyta była najlesza w całej twórczoci DS. Jest to możliwe! Jak najbardziej. Może taki młodzieńczy, jeszcze troszkę nieokrzesany styl muzyka podoba się najbardziej.
Do rzeczy. Otwierajšcy wszystko "Down to the Waterline" jest dynamiczny, z pomysłem. Zachęca słuchacza do dalszego słuchania. Trzeci utwór, "Setting me up" w moim przekonaiu, już nieco zachwiewa tę pewnoć. Jest zbyt groteskowy, "na hurra". Po chwili następuje zmiana i mamy do czynienia z "Six blade knife". To taki zaczštek tego, co mamy współczenie serwowane od Marka. Powolny blues, zabawa z gitarš, prosty rytm. Tak tam improwizacja. rednie. "Southbound Again" znów jakby z innej bajki, bez nutki przewodniej w utworze. Tego nie lubię. Z Sułtanami jest już pięknie. Ten utwór stanowi korzenie płyty. Na nim wszytsko się trzyma. Nieprzypadkowo znalazł się w rodku setlisty. Szkoda tylko, że tak szybko się kończy, ale to już stary temat. Utwór ratuje spoistoć całego wydania. mało tego, orzewia płytę - a właciwie jej dalszš czeć. Od tej pory mamy pomysł na grę. Przepięknie zagrane "Wild West End" jest tego przykładem. Warto zatem czekać na koniec płyty. Tutaj pokazuje się przyszły Mistrz.
Płyta jest rednio udana, kiedy zważymy na to, co nastało póniej. Sa momenty, jak w utworze "In the Gallery", kiedy pojawia się tak charakterystyczny rwany slide Marka. Można zatem rzec, że płyta otwiera nowy rozdział w historii rocka. Pod tym względem "Dire Straits" jest fenomenem. Szkoda tylko słabych momentów. Jednak takie klasyki, jak "Sultans Of Swing" czy "Wild West End" starczyłyby na zapełnienie nie jednej dobrej płyty.
"Dire Straits" jest prosta, nieskomplikowana. Nie zmusza odbiorcy do wysiłku. Skłania wręcz do zajęcia się czym jeszcze oprócz samego tylko słuchania. Rytmiczne chórki zza głosu Marka kojš i pozwalajš odpłynšć. A to potrafi być grone...

