10.09.2006, 19:09
To mogło być sobotnie "Zapraszamy do Trójki", 7 wrzenia 1991. Byłem akurat na wczasach w Krynicy i nudziłem się trochę w pokoju w domu wczasowo-sanatoryjnym. Na szczęcie standardowym elementem wyposażenia były socjalistyczne radioodbiorniki, z antenš w postaci kawałka drutu (jeli się go miało pod rękš). Mogę więc dzi napisać, że dzięki temu drutowi usłyszałem połowę OES trzy dni przed premierš. 
Siedziałem na łóżku, słuchałem zapowiedzi Kaczora, a w sercu rosła radoć. Nareszcie! Tyle czekania! Trochę żałowałem, że nie mam możliwoci nagrania audycji (w pamiętnym dla mnie lutym 1986 nagrałem całš dyskografię DS z cyklicznego "Klubu stereo" w programie II PR), ale czasy były już inne - niebawem miałem zaczšć kupować pierwsze kompakty.
Słuchałem więc nowych piosenek i... trochę się dziwiłem. To jest Dire Straits? Przecież to brzmi jak Chris Rea. W innym kawałku słyszałem wyranie echa twórczoci Cliffa Richarda. A te bluesy? Co to ma być? Napisałem wtedy w licie do przyjaciela, z którym korespondowałem (tak, droga młodzieży! wtedy pisało się listy, nie emaile i posty!
), że jestem nieco rozczarowany. Bo byłem faktycznie... Oczywicie już wtedy zaakceptowałbym wszystko, co stworzyłby MK, ale wštpliwoci tkwiły we mnie.
Musiał nadejć rok 1992 i lipcowy koncert DS w Wiedniu. On to przewartociował mój stosunek do OES. Bazylea Bazyleš, ale dopiero uczestnictwo na żywo w muzycznym spektaklu MK i kompanów sprawiło, że pokochałem ten album. Jeżdżšc potem nocš maluchem po Wiedniu słuchalimy tej płyty na okršgło.
Po raz drugi dwięki OES przeszyły mnie dogłębnie w listopadzie tego samego roku. Wracałem z niemieckiej Hesji, z tzw. wymiany studenckiej. Noc, autokar, obok dziewczyna, z którš przeżyłem burzliwy romans, a na uszach słuchawki walkmana. Czy muszę co dodawać?
Od tamtej pory słucham OES tylko po zmroku...

Siedziałem na łóżku, słuchałem zapowiedzi Kaczora, a w sercu rosła radoć. Nareszcie! Tyle czekania! Trochę żałowałem, że nie mam możliwoci nagrania audycji (w pamiętnym dla mnie lutym 1986 nagrałem całš dyskografię DS z cyklicznego "Klubu stereo" w programie II PR), ale czasy były już inne - niebawem miałem zaczšć kupować pierwsze kompakty.
Słuchałem więc nowych piosenek i... trochę się dziwiłem. To jest Dire Straits? Przecież to brzmi jak Chris Rea. W innym kawałku słyszałem wyranie echa twórczoci Cliffa Richarda. A te bluesy? Co to ma być? Napisałem wtedy w licie do przyjaciela, z którym korespondowałem (tak, droga młodzieży! wtedy pisało się listy, nie emaile i posty!
), że jestem nieco rozczarowany. Bo byłem faktycznie... Oczywicie już wtedy zaakceptowałbym wszystko, co stworzyłby MK, ale wštpliwoci tkwiły we mnie.Musiał nadejć rok 1992 i lipcowy koncert DS w Wiedniu. On to przewartociował mój stosunek do OES. Bazylea Bazyleš, ale dopiero uczestnictwo na żywo w muzycznym spektaklu MK i kompanów sprawiło, że pokochałem ten album. Jeżdżšc potem nocš maluchem po Wiedniu słuchalimy tej płyty na okršgło.
Po raz drugi dwięki OES przeszyły mnie dogłębnie w listopadzie tego samego roku. Wracałem z niemieckiej Hesji, z tzw. wymiany studenckiej. Noc, autokar, obok dziewczyna, z którš przeżyłem burzliwy romans, a na uszach słuchawki walkmana. Czy muszę co dodawać?
Od tamtej pory słucham OES tylko po zmroku...

