05.09.2006, 02:31
Widzę, że na forum Marka rozgorzała goršca dyskusja, na temat Floydów, wyższoci wišt itp.
Byłem tym koncercie, i bynajmniej nie czuję zawodu - uważam, że to był najlepszy obok koncertu Watersa w Wa-wie (bez urazy, dla Marka, chociaż piszę to w swoim pierwszym pocie na JEGO forum
) na jakim byłem. Stalimy w sektorze A2, na wprost rodka sceny, mniej więcej w punkcie tworzšcym trójkšt równoboczny z głonikami (czyli docelowo, tak jak było w planie
) . Brzmienie - miazga, naprawdę, było głono wystarczajšco, może poza "Breath", ale to rzecz naturalna, że muszš się dotrzeć pewne rzeczy na poczštku (zresztš "Why Aye Man" w Spodku, też jeszcze był grany z nieodkręconymi gałkami). Poza tym, bardzo selektywnie - nie pamiętam dokładnie jak było u Rogera, ale wrażenia, wiem, że miałem równie entuzjastyczne - dla porównania, Mark troszkę tutaj wymięka, np. w "Boom Like That" widrujšca gitara Richarda przykryła całoć doć bezceremonialnie, nie to żebym się czepiał - bo nie, koncert równierz wietnie zrealizowany, ale przy tym co słyszałem u Dave'a, a wczesniej Rogera - to jest jeszcze troszkę miejsca na poprawki
Sama gitara Gilmoura, poprostu zabijała - brzmiała potężnie, czysto... no cóż tylko powiem, że będšc wielkim fanem Watersa, teraz doceniłem pustkę jakš tworzy brak Dave'a w jego składzie. Nie widziałem na żywo Bramhalla II, ani Kilmistera na aktualnej trasie, ale w porównaniu z Chesterem Kamenem i Snowym, to jednak była inna liga zdecydowanie.
Set lista, nie była niespodziankš - Trio z Dark Side (z nieco alternatywnš wersjš "Time" po tym, jak Rick Wright rypnšł się w zwrotkach - a jego zięć mało co, nie wywrócił się ze miechu), potem całoć On An Island - pięknie zagrana, oddajšca klimat tej pięknej, nieszukajšcej chwytliwych rozwišzań muzyki. Nie wiem, czy sš to country-bluesowe/rockowe gnioty (swojš drogš ja tam country nie słyszę), każdym razie dla mnie Dave po 13 latach od Division Bell, nagrał płyte pięknš, prostš i pełnš melodii moim zdaniem płynšcych prosto z serca. Nie rozdmuchanš, jak ostatni album PF, czy moim zdaniem nagranš nieco na siłę Momentary Lapse Of Reason. Tym razem Gilmour, zebrał materiał, nie na trasę za 200 baniek, tylko dlatego, że chciał pograć z kumplami (nie przypadkiem, kojarzy mi się to granie, z np. Notting Hillbillies), i moim zdaniem stworzył naprawdę pięknš muzykę, nie przełomowš i nie takš która sprawi, że przez noce, będziemy mysleć na sensem życia - to już zrobil Roger na Amused to Death - ale poprostu chol..nie dobry album
W 2 częci, same perełki (darował sobie eksploaowane ku mojemu rozdrażnieniu - ileż można to grać, przez kolegę z zespołu Money, czy Another Brick In The Wall), w zamian otrzymalimy piekne "Wot's The Deal" z Obscured By Clouds, czy "Fat Old Sun" - swojš drogš, głos to Dave ma wspaniały, pomimo drobnych problemów, na tle swoich rówieników trzyma poziom rewelacyjny. Oprócz tego, "Shine On" w przearanżowanej wersji, za to z kilkoma akordami na lampkach z winem, było Barretowe "Astronomy Domine", oraz 20minutowy orgazm w postaci "Echoes" - zagrany perfekcyjnie, pieknie. Łzy się cisnęły do oczu widzšc Wrighta pochylonego w skupieniu, gdy wydobywał ze swoich klawiatur pastelowe, piękne dwięki, których nigdy się nie spodziewałem usłyszeć na żywo.
Było jeszcze "High Hopes", ale to dla mnie najmniej poruszajšcy kawałek wieczoru, na bisu "WYWH", bonusowy dedykowany Solidarnoci "A Great Day For A Freedom", oraz "Comforably Numb".
Podsumowujšc, koncert który pomimo naprawde wygórowanych oczekiwań - zachwycił. Muzyka sprawiła, że 6 godzin stania, opónienia itd. nie były dla mnie warte wspominania.
PS: Dzień wczeniej "Ca Ira" w TV zrobiła wietne wrażenie, ale czekam na trase rockowš w 2007, oby Fajans podniósł poprzeczkę jeszcze wyżej... a może zjednoczył siły...
Byłem tym koncercie, i bynajmniej nie czuję zawodu - uważam, że to był najlepszy obok koncertu Watersa w Wa-wie (bez urazy, dla Marka, chociaż piszę to w swoim pierwszym pocie na JEGO forum
) na jakim byłem. Stalimy w sektorze A2, na wprost rodka sceny, mniej więcej w punkcie tworzšcym trójkšt równoboczny z głonikami (czyli docelowo, tak jak było w planie
) . Brzmienie - miazga, naprawdę, było głono wystarczajšco, może poza "Breath", ale to rzecz naturalna, że muszš się dotrzeć pewne rzeczy na poczštku (zresztš "Why Aye Man" w Spodku, też jeszcze był grany z nieodkręconymi gałkami). Poza tym, bardzo selektywnie - nie pamiętam dokładnie jak było u Rogera, ale wrażenia, wiem, że miałem równie entuzjastyczne - dla porównania, Mark troszkę tutaj wymięka, np. w "Boom Like That" widrujšca gitara Richarda przykryła całoć doć bezceremonialnie, nie to żebym się czepiał - bo nie, koncert równierz wietnie zrealizowany, ale przy tym co słyszałem u Dave'a, a wczesniej Rogera - to jest jeszcze troszkę miejsca na poprawki
Sama gitara Gilmoura, poprostu zabijała - brzmiała potężnie, czysto... no cóż tylko powiem, że będšc wielkim fanem Watersa, teraz doceniłem pustkę jakš tworzy brak Dave'a w jego składzie. Nie widziałem na żywo Bramhalla II, ani Kilmistera na aktualnej trasie, ale w porównaniu z Chesterem Kamenem i Snowym, to jednak była inna liga zdecydowanie.
Set lista, nie była niespodziankš - Trio z Dark Side (z nieco alternatywnš wersjš "Time" po tym, jak Rick Wright rypnšł się w zwrotkach - a jego zięć mało co, nie wywrócił się ze miechu), potem całoć On An Island - pięknie zagrana, oddajšca klimat tej pięknej, nieszukajšcej chwytliwych rozwišzań muzyki. Nie wiem, czy sš to country-bluesowe/rockowe gnioty (swojš drogš ja tam country nie słyszę), każdym razie dla mnie Dave po 13 latach od Division Bell, nagrał płyte pięknš, prostš i pełnš melodii moim zdaniem płynšcych prosto z serca. Nie rozdmuchanš, jak ostatni album PF, czy moim zdaniem nagranš nieco na siłę Momentary Lapse Of Reason. Tym razem Gilmour, zebrał materiał, nie na trasę za 200 baniek, tylko dlatego, że chciał pograć z kumplami (nie przypadkiem, kojarzy mi się to granie, z np. Notting Hillbillies), i moim zdaniem stworzył naprawdę pięknš muzykę, nie przełomowš i nie takš która sprawi, że przez noce, będziemy mysleć na sensem życia - to już zrobil Roger na Amused to Death - ale poprostu chol..nie dobry album

W 2 częci, same perełki (darował sobie eksploaowane ku mojemu rozdrażnieniu - ileż można to grać, przez kolegę z zespołu Money, czy Another Brick In The Wall), w zamian otrzymalimy piekne "Wot's The Deal" z Obscured By Clouds, czy "Fat Old Sun" - swojš drogš, głos to Dave ma wspaniały, pomimo drobnych problemów, na tle swoich rówieników trzyma poziom rewelacyjny. Oprócz tego, "Shine On" w przearanżowanej wersji, za to z kilkoma akordami na lampkach z winem, było Barretowe "Astronomy Domine", oraz 20minutowy orgazm w postaci "Echoes" - zagrany perfekcyjnie, pieknie. Łzy się cisnęły do oczu widzšc Wrighta pochylonego w skupieniu, gdy wydobywał ze swoich klawiatur pastelowe, piękne dwięki, których nigdy się nie spodziewałem usłyszeć na żywo.
Było jeszcze "High Hopes", ale to dla mnie najmniej poruszajšcy kawałek wieczoru, na bisu "WYWH", bonusowy dedykowany Solidarnoci "A Great Day For A Freedom", oraz "Comforably Numb".
Podsumowujšc, koncert który pomimo naprawde wygórowanych oczekiwań - zachwycił. Muzyka sprawiła, że 6 godzin stania, opónienia itd. nie były dla mnie warte wspominania.
PS: Dzień wczeniej "Ca Ira" w TV zrobiła wietne wrażenie, ale czekam na trase rockowš w 2007, oby Fajans podniósł poprzeczkę jeszcze wyżej... a może zjednoczył siły...
So now we're passing strangers, at single tables.
Still trying to get over,
Still trying to write love songs for passing strangers.
All those passing strangers.
And the twinkling lies, all those twinkling lies,
Sparkle with the wet ink on the paper.
Still trying to get over,
Still trying to write love songs for passing strangers.
All those passing strangers.
And the twinkling lies, all those twinkling lies,
Sparkle with the wet ink on the paper.

