30.05.2006, 22:37
Próbuję ochłonšć po tym wydarzeniu, po przeżytych emocjach i co napisać. Dla tych, którzy byli w Hamburgu, i tych którzy tam być nie mogli.
Zgodnie z umowš na pustym prawie parkingu przed Arenš stawilimy się razem z żonš około godz.15.00. Z stojšcego obok samochodu wysiadł młody człowiek. Moja koszulka klubowa z logo Shangri la chyba omieliła go nieco, zaczęła się rozmowa, i okazało się że Sascha przejechał prawie 400 km by dotrzeć na koncert Marka... Wjeżdżajšc na parking nieomal zderzył się z samochodem, którym zwykle w czasie trasy po Europie jedzi artysta. Wóz prowadzony przez stałego kierowcę Marka włanie opuszczał okolicę Areny, jednak bez głównego pasażera. W swojej naiwnoci wytłumaczylimy to sobie, że oto dowiózł Maestro na próbę przed koncertem; inni twierdzili, że Mark zjawi się tu dopiero na krótko przed 20.00. Oba zdania okazały się niebawem dużš pomyłkš, przeżytš chyba najboleniej przez Pablosana....
Już wkrótce po spotkaniu z ekipš z kraju, po paru minutach rozmowy zaczšłem coraz bardziej żałować, że nie będę mógł być obecny na zlocie w Krakowie.... I kiedy stałem już przyodziany w najnowszš koszulkę, a u Saschy zawieciły się oczy, na wiadomoć co jest na DVD, które przed chwilš trafiły do mojego samochodu, wrócił czarny Mercedes.
Chyba nie muszę dopowiadać, kto z niego wysiadł, a może i nie uwierzycie też, że moglimy być tam bardzo, bardzo blisko...
W tym momencie Sascha- Rudiger zdobył moje niekłamane uznanie.
Czas do rozpoczęcia koncertu upłynšł na krótkich rozmowach, ciekawych i zwykle niedokończonych, niebawem miałem wrażenie że spotkałem po latach starych kumpli....
Były też wesołe pomysły: zabrać na pamištkę koło z autokaru ekipy Marka, zajšć miejsce obstawy przy scenie (w końcu mielimy zdecydowanie ładniejsze koszulki!
, i t.p.
Aż w końcu pierwszy chyba raz tuż po ósmej rozpoczšł się koncert.
Potwierdzam wszystkie do tej pory wymiemione wyrazy zachwytu.
To był i dla mnie jeden z najlepszych koncertów... (może też za sprawš rewelacyjnej akustyki nowej Hali)
Wstęp do Romeo i Julii poczštkowo nierozpoznawalny, pierwszy raz koncertowe wykonanie Why Worry to niektóre - jeszcze chyba nie wymienione tu nowoci.
Tuż po koncercie oczywicie chcielimy jeszcze dostać się do Marka. Ten odjechał już (???)
Natomiast pojawiła się możliwoć zdobycia autografu jego muzycznej partnerki. I mylę sobie, że był to z jej strony ogromnie miły gest. Po dwu godzinach produkowania się w wietle i cieple halogenów, zmęczona, pani w rednim wieku jest gotowa dać parę podpisów
nie całkiem może jej fanom...
Niobecnoć Marka spróbował nadrobić dla nas jego Manager i zrekompensować jš paroma informacjami. Te wydajš się być nie całkiem pomylne: Przyszła trasa koncertowa MK w 2008 roku ma również ominišć Polskę ... (no może ze względu na pamięć o paru crazy z tej częci Europy w Hamburgu zmieni jeszcze tę decyzję?)
A do tego czasu pozostanš wspomnienia: wydarzenia muzycznego przeżytego wespół z grupš ludzi. Wspomnienia koncertu i fanów - obojgu na najwyższym poziomie.
Zgodnie z umowš na pustym prawie parkingu przed Arenš stawilimy się razem z żonš około godz.15.00. Z stojšcego obok samochodu wysiadł młody człowiek. Moja koszulka klubowa z logo Shangri la chyba omieliła go nieco, zaczęła się rozmowa, i okazało się że Sascha przejechał prawie 400 km by dotrzeć na koncert Marka... Wjeżdżajšc na parking nieomal zderzył się z samochodem, którym zwykle w czasie trasy po Europie jedzi artysta. Wóz prowadzony przez stałego kierowcę Marka włanie opuszczał okolicę Areny, jednak bez głównego pasażera. W swojej naiwnoci wytłumaczylimy to sobie, że oto dowiózł Maestro na próbę przed koncertem; inni twierdzili, że Mark zjawi się tu dopiero na krótko przed 20.00. Oba zdania okazały się niebawem dużš pomyłkš, przeżytš chyba najboleniej przez Pablosana....
Już wkrótce po spotkaniu z ekipš z kraju, po paru minutach rozmowy zaczšłem coraz bardziej żałować, że nie będę mógł być obecny na zlocie w Krakowie.... I kiedy stałem już przyodziany w najnowszš koszulkę, a u Saschy zawieciły się oczy, na wiadomoć co jest na DVD, które przed chwilš trafiły do mojego samochodu, wrócił czarny Mercedes.
Chyba nie muszę dopowiadać, kto z niego wysiadł, a może i nie uwierzycie też, że moglimy być tam bardzo, bardzo blisko...
W tym momencie Sascha- Rudiger zdobył moje niekłamane uznanie.
Czas do rozpoczęcia koncertu upłynšł na krótkich rozmowach, ciekawych i zwykle niedokończonych, niebawem miałem wrażenie że spotkałem po latach starych kumpli....
Były też wesołe pomysły: zabrać na pamištkę koło z autokaru ekipy Marka, zajšć miejsce obstawy przy scenie (w końcu mielimy zdecydowanie ładniejsze koszulki!
, i t.p.Aż w końcu pierwszy chyba raz tuż po ósmej rozpoczšł się koncert.
Potwierdzam wszystkie do tej pory wymiemione wyrazy zachwytu.
To był i dla mnie jeden z najlepszych koncertów... (może też za sprawš rewelacyjnej akustyki nowej Hali)
Wstęp do Romeo i Julii poczštkowo nierozpoznawalny, pierwszy raz koncertowe wykonanie Why Worry to niektóre - jeszcze chyba nie wymienione tu nowoci.
Tuż po koncercie oczywicie chcielimy jeszcze dostać się do Marka. Ten odjechał już (???)
Natomiast pojawiła się możliwoć zdobycia autografu jego muzycznej partnerki. I mylę sobie, że był to z jej strony ogromnie miły gest. Po dwu godzinach produkowania się w wietle i cieple halogenów, zmęczona, pani w rednim wieku jest gotowa dać parę podpisów
nie całkiem może jej fanom...
Niobecnoć Marka spróbował nadrobić dla nas jego Manager i zrekompensować jš paroma informacjami. Te wydajš się być nie całkiem pomylne: Przyszła trasa koncertowa MK w 2008 roku ma również ominišć Polskę ... (no może ze względu na pamięć o paru crazy z tej częci Europy w Hamburgu zmieni jeszcze tę decyzję?)
A do tego czasu pozostanš wspomnienia: wydarzenia muzycznego przeżytego wespół z grupš ludzi. Wspomnienia koncertu i fanów - obojgu na najwyższym poziomie.

